Berlinale 2012. Nasza relacja z premiery "Headshot"
Tegoroczne Berlinale wyraźnie zmierza ku końcowi. Dziennikarze wybrali już konkursowych faworytów i napiętnowali największe rozczarowania. W tej sytuacji pozostaje tylko przewidywanie, czy typy żurnalistów pokryją się z gustem przewodniczącego jury Mike’a Leigh.
Kogo nie interesuje jednak podobny hazard, może zwrócić swoją uwagę w stronę pozostałych sekcji Berlinale. Wciąż ciekawie bywa na przykład w Panoramie. W dniu wczorajszym właśnie w ramach tego cyklu odbyła się premiera
"Headshot" Pen-Eka Ratanaruanga. Film tajskiego reżysera, znanego w Polsce z
"Ostatniego życia we wszechświecie", wywołał sprzeczne reakcje berlińskiej widowni i skłonił ją do dyskusji.
"Headshot" stanowi jeszcze jedno świadectwo prowadzonych przez Ratanaruanga artystycznych poszukiwań. Twórca
"Nimfy" po raz kolejny daje upust poetyckiej wrażliwości i tworzy film zawieszony pomiędzy życiem a śmiercią, fantazją a rzeczywistością. Jednocześnie Ratanaruang próbuje dopasować autorski styl do wzorców dobrze znanych gatunkowych stylizacji. Wykorzystujący często konwencję thrillera reżyser tym razem wyraźnie zwraca się w stronę filmu noir. "Headshot" swobodnie wykorzystuje fabularne chwyty i archetypy postaci pojawiające się na kartach powieści Hammetta czy Chandlera. W filmie Ratanauranga główny bohater bezwiednie staje się częścią kryminalnej intrygi, a na swojej drodze spotyka najprawdziwszą femme fatale.
Przefiltrowanie tych schematów przez filtr specyficznej wyobraźni reżysera nierzadko prowadzi do zaskakujących rezultatów. "Headshot" w widowiskowy sposób łączy nieśpieszne tempo opowieści z pojawiającymi się znienacka eksplozjami przemocy. Jednocześnie Ratanaruang przełamuje przygnębiającą atmosferę swojego filmu za sprawą absurdalnego poczucia humoru. Jednak ta stylistyczna dezynwoltura kryje w sobie spore niebezpieczeństwo. Ratanaruang z niepotrzebną ostentacją wzbogaca opowiadaną przez siebie historię o dywagacje z pogranicza metafizyki. "Headshot" coraz bardziej oddala się od sedna fabuły, by pogrążyć się w rozważaniach nad naturą upływającego czasu. W konsekwencji snuta przez Ratanaruanga narracja zyskuje kilka wykluczających się wariantów i raz po raz zmuszają widza do rewizji swojego stosunku do bohaterów. Pozornie intrygujący zabieg formalny utrudnia emocjonalną identyfikację z opowiadaną historią i niebezpiecznie zbliża ją do statusu artystowskiego eksperymentu.
"Headshot" intryguje, bo w jednym momencie potrafi wzbudzić zarówno podziw, jak i irytację. Oryginalna wizja Ratanaruanga wymyka się jednoznacznym interpretacjom i wyraźnie odwołuje się do indywidualnej wrażliwości konkretnego odbiorcy. To optymistyczna konstatacja w kontekście zasłyszanej w berlińskich kuluarach informacji, że w ciągu kilku miesięcy film Ratanaruanga zawita na ekrany polskich kin.