
Złotym Niedźwiedziem 62. Festiwalu w Berlinie uhonorowano "Cezar musi umrzeć" braci Taviani. Szlachetny dokument włoskich mistrzów zaangażowanego kina. Berlinale pozostaje przestrzenią, w której ścierają się skrajne światopoglądy i odbijają najbardziej palące problemy XXI wieku.
- Jesteśmy bardzo dumni z tej nagrody – mówił Vittorio Taviani ze statuetką Niedźwiedzia w dłoni. – "Cezar musi umrzeć" ("Caesar Must Die") ma dla nas większe znaczenie, niż poprzednie produkcje. Wzięliśmy na siebie odpowiedzialność wobec więźniów - ciężko doświadczonych przez życie skazańców, którzy postanowili nam zaufać. Bo, choć dopuścili się w przeszłości przerażających zbrodni, wciąż pozostają ludźmi. I należy im się szacunek.
"Cezar musi umrzeć" ("Caesar Must Die") - Złoty Niedźwiedź, fot. Berlinale
Zwycięski film to dokumentalny, czarno-biały zapis prac nad wystawieniem "Juliusza Cezara" w więzieniu. Znany włoski reżyser Fabio Cavalli wybiera więźniów do głównych ról, uczy ich aktorstwa, rozmawia o tekście. Fascynuje delikatność, z jaką bracia Taviani pokazują przemianę bohaterów. Ich powolny proces odkrywania sztuki. A wraz z nią przewartościowywania własnej biografii, poznawania wartości życia, rozumienia podstawowych słów, jak zdrada, lojalność, poświęcenie, radość, ból. I, przede wszystkim, wolność. - To dramatyczny moment - mówił Paolo Taviani na konferencji prasowej ze zwycięzcami festiwalu. – Więźniowie dzięki kontaktowi z kulturą wreszcie poznają smak prawdziwej wolności. A jednocześnie wiedzą, że stracili ją na zawsze.
"Cezar musi umrzeć" wyróżniał się także umiejętnością obserwowania kamerą zwykłego człowieka. W czasie ceremonii zamknięcia czuło się, że tego właśnie od autorów oczekiwało jury pod przewodnictwem brytyjskiego społecznika Mike’a Leigh. Kino historyczne i kostiumowe triumfowało w kategorii "osiągnięcia artystyczne" zarezerwowanej dla filmowych profesjonalistów, gdzie nagrodzono operatora "Równiny Białego Jelenia" Lutza Reitemeiera. Wyróżnieni zostali także Rasmus Heisterberg i Nikolaj Arcel za scenariusz "Królewskiej afery" oraz odtwórca roli monarchy w tym obrazie - Mikkel Folsgard. Jednak najwyraźniej w tym werdykcie czuło się właśnie filmy zaangażowane w dyskusje współczesnego świata.
- Jest mi bardzo przykro, że takich filmów, jak mój nie wspiera i nie wyświetla telewizja – mówił po odebraniu Grand Prix Jury za "To tylko deszcz" Bence Fliegauf. - Bo właśnie emitowanie kontrowersyjnych, społecznych obrazów na istotne, bieżące tematy powinno być jej misją. Artysta wrócił do wstrząsającej sprawy z 2008 i 2009 roku, kiedy na Węgrzech z zimną krwią zamordowano 55 Romów. W ich własnych domach. Reżyser pokazuje strach ludzi padających ofiarą rasowej nienawiści, ich codzienne upokorzenia i bezradność. Wśród nagrodzonych tytułów znalazła się także "Wojenna wiedźma" (Srebrny Niedźwiedź dla odtwórczyni głównej roli, Rachel Mwanza) – opowieść o wojnie domowej w Kongo z perspektywy dwunastolatki siłą wcielonej do partyzantki.
Wyróżnienie dostała też Ursula Meier za "Siostrę". Ze szczególnym entuzjazmem niemiecka publiczność przyjęła Niedźwiedzia dla Christiana Petzolda za reżyserię "Barbary", rozliczenia z historią najnowszą współczesnych Niemiec. - Chociaż statuetka powędrowała do mnie, to wyróżnienie dla całej ekipy – mówił tuż po ceremonii autor. – Z radości wypiłem chyba szesnaście lampek szampana.
Chociaż przez cały festiwal słychać było głosy zawodu tegorocznym konkursem, Berlinale obroniło swoją tożsamość. W jury zasiedli m.in. Mike Leigh i Asghar Farhadi, dwaj reżyserzy znanych z kina społecznego, którzy wyróżnili filmy mocne i zaangażowane. A przecież właśnie ten nurt był zawsze wizytówką niemieckiego festiwalu. Bo, zgodnie z deklaracjami dyrektora Dietera Kosslicka, Berlinale ma być nie tylko imprezą kulturalną, lecz również przestrzenią, w której ścierają się skrajne światopoglądy i odbijają najbardziej palące problemy XXI wieku.
* Autor jest dziennikarzem tygodnika „Newsweek Polska”











