
- Nie wiedziałem, co zrobić z materiałem, który udało mi się zarejestrować. Nie jestem przecież dokumentalistą! Zacząłem szukać inspiracji w madryckim muzeum i natknąłem się tam na "Guernikę" Pabla Picassa. Stałem przed obrazem ponad godzinę i odkryłem w nim wszystko, co było mi wówczas potrzebne. Zobaczyłem postaci motywujące oburzonych ludzi do walki w obronie swoich praw. Widziałem ogień, który jest już rozpalony, ale wciąż na tyle niewielki, że można go ugasić depcząc własnymi stopami – mówi Tony Gatlif.
Tony Gatlif ze Stadionem X-lecia w tle, fot. Berlinale
Najnowszy film Tony'ego Gatlifa"Oburzeni" ("Indignados") kilka dni temu miał swoją międzynarodową premierę na 62. MFF w Berlinie. Kreacyjny dokument twórcy algierskiego pochodzenia jest eseistyczną rozprawą na temat pospolitego ruszenia hiszpańskich obywateli, oburzonych brakiem pracy, perspektyw i szans na pozytywne zmiany w obrębie polityki i ekonomii ich kraju.
Anna Bielak: W pierwszej sekwencji "Indignados" widzimy imigrantkę, która przyjeżdża do Hiszpanii w poszukiwaniu nowego, lepszego życia. Co zastaje w zamian?
Tony Gatlif: Wydarzenia przedstawione w "Indignados" nie są pokazane z mojego punktu widzenia, ale z perspektywy głównej bohaterki. To było najrozsądniejsze rozwiązanie fabularne, którego długo szukałem. Obrazy protestów na madryckich ulicach pojawiły się w strukturze filmu niejako przez przypadek. Ich sekwencje udowadniają jednak, że mamy do czynienia z kinem skupionym na spontanicznym rejestrowaniu chwil – ważnych dla życia momentów, których nie sposób przewidzieć. Filmowaliśmy to, co działo się przed naszymi oczami. Wcześniej, jeszcze w styczniu 2011 roku, czytałem książkę Stéphana Hessela "Indignez-vous!", której cytaty wykorzystałem w filmie. Zastanawiałem się wtedy, czy jej treść będzie miała realny wpływ na politykę w Hiszpanii. Czy nawoływania do walki o swoje dobro i wolność trafią na podatny grunt?
Miałeś jakieś intuicje w tej kwestii?
Na pewno miałem jakieś przeczucia. Byłem jednak zaskoczony, że już pięć miesięcy później w Madrycie coś autentycznie zaczęło się dziać. Musiałem wówczas wziąć kamerę i pojechać na Puerta del Sol, żeby zobaczyć tych młodych, oburzonych ludzi, choć protestanci nie chcieli, żeby wśród nich znajdowali się dziennikarze, żeby ktokolwiek filmował rozgrywające się na ulicach wydarzenia.
Dlaczego? Czy to nie sprawiłoby, że wiadomości o tym, co się dzieje rozprzestrzeniłyby się szybciej? Ludzie mogliby zająć jakieś stanowisko wobec madryckich Oburzonych.
Nie, jeśli w grę wchodziłyby publiczne media. Protestanci obawiali się manipulacji z ich strony i niewłaściwej oceny wydarzeń. Wytłumaczyłem im jednak, że nie mam żadnego związku z telewizją i chciałbym zrobić film. Sprawdzili mnie i pozwolili mi zostać na jeden dzień. Nie wiedziałem jednak, co zrobić z materiałem, który udało mi się zarejestrować. Nie jestem przecież dokumentalistą! Zacząłem szukać inspiracji w madryckim muzeum i natknąłem się na "Guernikę" Pabla Picassa. Stałem przed obrazem ponad godzinę i odkryłem w nim wszystko, co było mi wówczas potrzebne. Zobaczyłem postaci motywujące oburzonych ludzi do walki w obronie swoich praw. Widziałem ogień, który jest już rozpalony, ale wciąż na tyle niewielki, że można go jeszcze ugasić depcząc własnymi stopami… Picasso namalował wydarzenia mające miejsce w kraju Basków (w 1937 roku – przyp. red.), w moim odczuciu sportretował jednak przyszłość – chaos, który jest nam bliski. Obcowanie z obrazem Picassa sprawiło, że zrozumiałem jak mogę dokonać fikcjonalizacji rzeczywistości we własnym filmie.
Rzeczywistość i fikcja w "Indignados" mieszają się ze sobą, stapiają w jeden organizm. Uważasz, że dzięki takim zabiegom sztuka może być bronią w rękach buntowników?
Istotną kwestią w filmie jest fakt, że jego bohaterka podróżowała po Europie. Zanim przyjechała do Hiszpanii, była w Grecji i w Paryżu. Jej droga w pewnym sensie obrazuje ścieżkę, którą toczyła się europejska historia. Dokumentalne fragmenty filmu pełnią w nim niejako rolę obcego elementu. Nie chciałem oszukiwać widza, mydlić mu oczu ani manipulować obrazem czyniąc z niego broń. Najważniejsze było dla mnie to, co podkreślałem wcześniej – zapisanie chwili w czasie jej trwania. Pomogła mi w tym poezja, która nie ma nic wspólnego z manipulowaniem faktami.
Kiedy myślę o twoich filmach – w tym momencie mam na względzie głównie "Exils" z 2004 roku – myślę o rytuałach, które w założeniu mają prowadzić do przekroczenia granic siebie samego, do transgresji. Rewolucja jest w moim mniemaniu czymś podobnym do rytuału – też jest obietnicą przemiany.
Jeśli szukasz rytuału w "Indignados", powinnaś zwrócić uwagę przede wszystkim na fakt, że wśród protestujących jest radość. Wszyscy śpiewają. Ich walka nie jest rodzajem sztuki dla sztuki. To zmiana, która zaszła wewnątrz samego rytuału. Demonstracje mają dzięki temu pozytywny wydźwięk. Pokazanie wydarzeń na Puerta del Sol z punktu widzenia młodej emigrantki było ważne ze względu na paryskich czy berlińskich widzów – w większości należących do średniej lub wyższej klasy społecznej. Sądzę, że filmowa identyfikacja z imigrantką z Afryki przekracza ich możliwości. To owocuje tym, że czują się oni wówczas oburzeni, wyrzuceni poza margines świata przedstawionego i w ten pokrętny sposób zaczynają się identyfikować z Oburzonymi w Hiszpanii, a dokładnie o to mi chodziło – to jest transgresja.
A muzyka? Rytm? To bardzo ważne elementy wszystkich twoich filmów. Generują radość, akcentują pozytywne brzmienie. Czy to sprawia też, że wizja przyszłości jawi się w jaśniejszych barwach?
W pewnym sensie muzyka na pewno sprzyja pozytywnemu myśleniu o przyszłości. Dla mnie najważniejszy jest jednak fakt, że niemal organicznie łączy się ona z rytmem demonstracji. Perfekcyjnie oddaje jej brzmienie.
W jednej z końcowych scen filmu Betty zostaje zamknięta w garażu. Uderza rękami o jego drzwi, ale nikt jej nie słyszy. Ulice w bogatej dzielnicy są puste. Chciałeś w ten sposób pokazać nastawienie bogatszych obywateli do zmian, które mogą zagrozić komfortowi ich życia?
Nie, metaforycznej reprezentacji wyższej klasy społecznej szukałbym w scenie, w której nazwiska ludzi na domofonie zastąpione są przez numery ich mieszkań. Ten obraz w dużo lepszy sposób podkreśla, czym się staliśmy. Sekwencja, o jakiej mówisz w moim mniemaniu niesie inne znaczenie – pokazuje raczej opresyjny system, który jest skierowany całkowicie przeciwko ludziom tak jak komputer w "2001: Odysei kosmicznej" Stanleya Kubricka…
Film, o którym wspomniałeś, został zrealizowany w 1968 roku, czyli w dobie zmitologizowanej dziś rewolucji społeczno-obyczajowej. Widzisz jakieś podobieństwa między kontestacją zasad w latach siedemdziesiątych a współczesnym oburzeniem obywateli?
Widzę raczej różnice – podstawową jest to, że demonstranci nie protestują przeciw tym samym rzeczom. W 1968 roku walczono o wolność, obecnie walczy się przeciw systemowi, który narodził się dzięki niej. Oburzeni chcą zmienić system, który jest dla nich zabójczy, nie chodzi już tylko o więcej praw i poczucie swobody. Dziś osoby z porządnym, uniwersyteckim wykształceniem biją się o posady, które nie dają im satysfakcji. Nie powinno tak być.










