szukaj
login
„Róża”, film potrzebny - z Erwinem Krukiem rozmawia Dariusz Jarosiński
Dariusz Jarosiński / informacja własna  20 marca 2012 11:00
A
A
A

Róża” jest pierwszym filmem fabularnym traktującym o społeczności mazurskiej. Dlaczego tak późno ten temat został podjęty? Dlaczego musieliśmy czekać tyle lat?

Ważne, że ten film powstał. Trzeba podziękować jego twórcom. Ludzie mieszkający w naszym regionie w ogóle przestali interesować się historią. Okazuje się, że ci, którzy przyjeżdżają z zewnątrz na Mazury, są bardziej otwarci.  Starają się poznać przeszłość –  i tę powojenną, i tę bardziej odległą.


Prusy Wschodnie przed wojną, fot. T. Wiśniewski/Forum

Róża” jest pierwszym filmem poruszającym temat Mazurów, w związku z tym jest filmem trudnym, dyskusyjnym. Czas po roku 1945 był na Mazurach taki, jak w pieśni pastora Tomasza Molitora z „Kancjonału” „O wtargnieniu tatarskim do Prus 1656 roku”, zaczynającej się od słów „Ojczyzno tęskliwa, zalewaj się łzami”.

Film jest bardzo potrzebny. Myślę nawet, że jest to film wybitny. Ukazuje początek ostatniego etapu, gdy Mazurzy mieszkali jeszcze na rodzinnej ziemi. Często już nie we własnych gospodarstwach, ale jako parobkowie u osadników. To film o ludziach pokalanych, przechodzących przez piekło miesięcy powojennych. Przypominający, że w tej krainie żył lud mazurski.

Jesteś Mazurem, poetą, pisarzem, który od kilkudziesięciu lat pisze o powojennej tragedii Mazurów, również tragedii osobistej. Powstało kilka rzetelnych publikacji naukowych o Mazurach, mam na myśli przede wszystkim publikacje prof. Andrzeja Saksona - jego znakomitą książkę, zresztą pisaną jeszcze w czasach PRL-u, ale wydaną już w wolnej Polsce, w roku 1990, „Mazurzy. Społeczność pogranicza”. Opinia publiczna pozostawała prawie zupełnie obojętna wobec mazurskiego dramatu, a na naszych oczach doszło niemal do kompletnego unicestwienia mazurskiej grupy etnicznej. Media przypominają sobie o Mazurach jedynie w kontekście Mazurki Agnes Trawny z Nart koło Szczytna i jej chęci odzyskania ojcowizny. Czy nie stać już opinii publicznej, bo pomijam polityków, na głębszą refleksję?

Literatura nie ma takiej siły oddziaływania jak obraz. Żyjemy w kulturze obrazu. Myślałem, że Mazurzy odejdą z księgi rodzaju cicho, bezimiennie. Możliwe, że film spowoduje wstrząs, zwróci uwagę na to, że od dziesięcioleci w województwie w ogóle nie mówi się o Mazurach, o ich kulturze, historii. O tym, że niektórzy z nich jeszcze żyją. Żadnych władz Mazurzy nie interesują. Jeszcze jakiś czas będzie się mówiło o cudzie natury – tak jak było przez cały rok ubiegły. Zapomni się, zresztą już się zapomniało – że bez Mazurów ta ziemia jest krainą bezimienną. Z filmu wynosi się wiedzę, że był mazurski lud i teraz go nie ma. Jego nieobecności towarzyszy nasze zapomnienie. To film okrutny, ciężki w odbiorze, o ponurej problematyce, nagle ta bezimienna kraina dopomina się odpowiedzi na pytania. Co Polska zrobiła z Mazurami?

Czy dostrzegasz w filmie cząstkę swoich osobistych, rodzinnych przeżyć, doświadczeń osób bliskich?

Wiesz, być może po raz drugi nie poszedłbym na ten film. W swoim dzieciństwie, mając cztery lata, widziałem różne okrutne obrazy, wiele śmierci. Przez całe życie sprawdzałem, jak to się stało, że nie tylko po wojnie, ale i potem, przez całe dziesięciolecia, dawano Mazurom do zrozumienia, że ich ziemia nie jest ich ziemią. Myślę, że film „Róża” po to powstał, by obudzić sumienie, by sprowokować widzów do stawiania pytań. Po tym filmie mogą powstać inne obrazy, o lżejszej tematyce.

Film nie jest dokumentem, ale w „Róży” starano się ukazać tym, którzy nie wiedzą, jakie było życie Mazurów. Że np. osiemdziesiąt lat wcześniej czuli swoją odrębność, a potem poparli narodowych socjalistów w wyborach. W filmie używa się pewnych skrótów myślowych, co jest oczywiście zrozumiałe, ale mogę powiedzieć, że około stu duchownych mazurskich należało do Kościoła Wyznającego – ruchu sprzeciwiającego się narodowym socjalistom. W roku 1938 w olsztyńskim areszcie znalazło się trzydziestu księży, którzy nie chcieli zbierać kolekty na biskupa Rzeszy.

Kto mieszkał na Mazurach i był świadkiem dziejącej się historii, łatwo dostrzeże, że w filmie zastosowano skróty: nie ma wojennych komendantur sowieckich, ani obozów dla ludności cywilnej; NKWD jest ukazane w „działaniu”, a nie wtedy, gdy Sowieci instalowali się w najlepszym budynku na wsi, pośrodku zabudowań, w „Róży” jest inaczej. Kościoły ewangelickie były rozszabrowywane; brak było polskich duchownych, a ludność była koszarowana w gettach. Gdy przyjeżdżali osadnicy w transportach z ziem dawnej II Rzeczypospolitej, często z księżmi, to wyświęcali kościoły na katolickie. Nie słyszałem, żeby w kościele ewangelickim odbył się ślub katolicki i żeby nowożeńców odprowadzał z kościoła pastor, jak w „Róży”.

Zdarzało się, że samowolna Straż Obywatelska ciągnęła Mazurki do kościoła (jeszcze niedawno ewangelickiego), by katolicki ksiądz ochrzcił je na polską wiarę. Gdyby tak się nie stało, Straż Obywatelska (składająca się często z szabrowników) we współpracy z NKWD, wysyłała Mazurki na Wschód „do pędzenia bydła”. Tak wysyłano też gospodarzy, których gospodarstwa były zasobne w sprzęt. Ten sprzęt zabierali aktywni szabrownicy z Kurpiowszczyzny, z okolic Mławy, Żuromina. W filmie jest scena, że córka gospodyni traktowana jest przez rodzinę osiedleńca jako parobek na własnym gospodarstwie. Tak po wojnie było, ale nie dotyczyło rodzin z Wileńszczyzny. To sąsiedzi z przedwojennych terenów przygranicznych wetowali sobie straty wojenne. Niekiedy transporty na Kurpie konwojowali funkcjonariusze MO.

Byłeś konsultantem literackim filmu „Róża”. Jakie są Twoje w związku z tym refleksje?

Wiem, film nie jest dokumentem historycznym. Nie wszystko w nim się mieści, dlatego należy podziwiać ekipę filmową, że podjęła się i na swój sposób ukazała ostatni etap życia ludu mazurskiego na rodzinnej ziemi. To znaczy opowiedzenia, dlaczego z tej krainy musieli odejść. Nie podano jednak powodu, dlaczego np. Tadeusz, (wiarygodnie gra tę postać Marcin Dorociński), musiał odszukać Różę Kwiatkowską, wdowę po zabitym w kampanii wrześniowej żołnierzu niemieckim. Jak sobie przypominam, w scenariuszu, w tej wersji, którą czytałem, ten powód był opisany. Nie wiadomo też, dlaczego Róża, która przed wojną związana była z Czytelnią Ludową, nie posługuje się gwarą. Jej rola w filmie jest jednak konsekwentna i wiarygodna. Zwraca uwagę świetna gra Edwarda Lubaszenki, kreującego postać pastora.

Zdaniem niektórych widzów on uosabia pewien rodzaj duchowości i magii, a zwłaszcza postrzegania etycznego człowieka. Pastor pomagał, gdy pogrzeb, gdy ślub, gdy głód i inne ważne wydarzenia i nieszczęścia dotykały Mazurów. Gdy pastor na nabożeństwie poinformował, że ostatni raz mówi po niemiecku, to aż by się chciało, aby wcześniej gadał po mazursku. Po przeczytaniu scenariusza zwróciłem uwagę na to, że było trzech księży, którzy w 1945 roku zostali w Polsce: superintendent Fryderyk Rzadki z Olsztyna, Paul Czekay z Mikołajek i superintendent Otto Mattern z Mrągowa. Wszyscy znali gwarę mazurską, a Fryderyk Rzadki, urodzony w Piszu, także  język polski. W październiku 1945 roku, w związku z tym, że nie podpisali świadectwa lojalności, zmuszeni zostali do wyjazdu. Ks. Otto Mattern otrzymał „wybór”; UB podłożyło mu do walizki pistolet. Powiedziano mu, że albo opuści plebanię zaraz, albo zostanie aresztowany i wywieziony do obozu pracy do Mielęcina – to była jesień 1945 roku. Mazurzy z Mrągowa zostali spędzeni i zmuszeni pod strażą do próżnego chodzenia. W tym czasie szabrowano ich domy, mieszkania. Oczywiście, w jednym filmie nie można zawrzeć wszystkiego.

ilość komentarzy: 0
- brak komentarzy -
POWIĄZANE WIADOMOŚCI
Imprezy   27 kwietnia 2012 14:33
POWIĄZANE OSOBY
POWIĄZANE TYTUŁY
Róża (2011)