"Róża". Film, który zakłócił spokój
"Róża" jest pierwszym filmem fabularnym traktującym o społeczności mazurskiej, ludziach, którzy tę ziemię zamieszkiwali od wielu setek lat, którzy tutaj pędzili w miarę spokojne życie do końca roku 1944. W tle miłości Róży i Tadeusza ukazana jest tragedia Mazurów. Nowa, komunistyczna, sowiecka władza traktuje Mazurów przedmiotowo, jak ludzi podrzędnej kategorii.
Akcja
"Róży" Wojciecha Smarzowskiego toczy się tuż po zakończeniu II wojny światowej na Mazurach. Film opowiada o miłości Mazurki i Polaka. Los obojgu nie poskąpił dramatu – Róża padła ofiarą sowieckich gwałtów, Tadeusz, były oficer Armii Krajowej, zmaga się z narzuconą sowiecką rzeczywistością, w której dla takich jak on, walczących o niepodległą Polskę, nie ma miejsca.
W tle miłości tych dwojga ludzi ukazana jest tragedia Mazurów. Nowa, komunistyczna, sowiecka władza traktuje Mazurów przedmiotowo, jak ludzi podrzędnej kategorii. Mazurzy stają się obcymi na swojej rodzinnej ziemi. Poddawani są szykanom, "repolonizacji", weryfikacji narodowościowej. Reżyser pokazuje rozsypujący się w gruzy stary świat i początki budowy nowego świata na Mazurach, części Prus Wschodnich, które decyzją państw alianckich przypadły Polsce.
"Róża", reż. W. Smarzowski, fot. J. Drygała, Monolith
"Róża" jest pierwszym filmem fabularnym traktującym o społeczności mazurskiej, ludziach, którzy tę ziemię zamieszkiwali od wielu setek lat, którzy tutaj pędzili w miarę spokojne życie do końca roku 1944. Którzy żyli na "tyłach historii", jak to kiedyś napisał Siegfried Lenz. Ta wiejska społeczność południowych kresów Prus Wschodnich formowała się przez niemal siedem stuleci. Tworzyli ją osadnicy z pobliskiego Mazowsza, Niemiec, tworzyli ją też wygnańcy za wiarę – hugenoci francuscy, czy przybyli z okolic Salzburga protestanci, duży odsetek stanowili potomkowie starożytnych Prusów, którzy zasymilowali się z miejscową ludnością. Z różnych nacji, kulturowych, historycznych doświadczeń utworzyła się, wyodrębniła społeczność, którą nazwano niedawno, bo dopiero 170 lat temu, Mazurami. Historycy twierdzą, że moment integracji tej grupy etnicznej nastąpił pod koniec pierwszej połowy XIX stulecia. Wyróżniającymi tę społeczność cechami była gorliwa religijność, silne przywiązanie do tradycji, konserwatyzm, protestancki etos pracy. Ówcześni Mazurzy byli społecznością pozbawioną inteligencji. Brak tej warstwy społecznej stanowił na pewno o ułomności mazurskiej grupy etnicznej, o jej niedoskonałości i bezbronności, jak pokazał choćby powojenny okres ich historii. Byli to ludzie, którzy korzystali z darów otaczającej ich przyrody – zajmowali się rolnictwem, rybołówstwem, drobnym rzemiosłem. Należeli do Kościoła ewangelickiego. Obok Biblii ich ważną księgą – skarbnicą mądrości i religijności - był zbiór pieśni pt.
"Nowo wydany kancjonał pruski (…)", opracowany w języku polskim w I połowie XVIII stulecia przez pastora
Jerzego Wasiańskiego. Kancjonał, zwany mazurskim, zawiera 904 pieśni, w tym m.in. utwory Jana Kochanowskiego; wydawany był w Królewcu, do roku 1926 ukazało się około 150 jego wydań. Język polski był językiem modlitwy. Pod koniec lat 30. nabożeństwa w języku polskim dla Mazurów były ograniczane. Starszemu pokoleniu Mazurów nie odebrano jednak prawa do ich tradycji, kultury, języka mazurskiego. Młodzi Mazurzy byli poddani indoktrynacji hitlerowskiej, tak samo jak ich rówieśnicy w Rzeszy - w Berlinie czy w Koblencji.
Świat, który odszedł. Niemieckie Olecko, rok 1916, reprodukcja kartki pocztowej. Fot. Forum
Z faktu, iż Mazurzy nosili najczęściej polskie nazwiska, mówili gwarą języka polskiego, czyli po mazursku, nie należy wyciągać wniosku, że czuli się Polakami. Mazurzy byli Mazurami - z cechami społeczności pogranicza, o nieostrej tożsamości narodowej. Naturalnie, istniały ich związki z kulturą polską, ale nie mogły istnieć związki z państwowością polską, bo ta pojawiła się dopiero w roku 1918. Po II wojnie, z 300 tysięcznej społeczności, pozostało dzisiaj około 9 tysięcy Mazurów.
W plenerach mazurskich realizowane były filmy fabularne. Jeden z powstałych na Mazurach filmów przeszedł już do historii polskiej i europejskiej kinematografii –
"Nóż w wodzie" Romana Polańskiego. Kręcono go na wodach jezior Kisajno, Jagodne, Śniardwy. To z dawnego giżyckiego "Almaturu" wypływał jacht "Rekin", w filmie znany jako "Christine". Na pokładzie tego jachtu, który zachował się do dzisiaj, rozegrały się niezwykłe sceny. W Mrągowie i najbliższych okolicach powstała komedia muzyczna
"Kochajmy syrenki" (1966) w reżyserii
Jana Rutkiewicza. Ostatnio widzowie mogli oglądać kręcony na Mazurach serial
Janusza Majewskiego "Siedlisko" (1998) czy
"Dom nad rozlewiskiem", powstały w reżyserii
Adka Drabińskiego na podstawie scenariusza
Małgorzaty Kalicińskiej.
"Nóż w wodzie" w reż. R. Polańskiego, fot. SF Oko
Melchior Wańkowicz pisał, że Mazury mogłyby stać się letnim salonem Warszawy. I stały się. Tutaj pomieszkiwało i pomieszkuje wielu ludzi kultury, twórców, artystów. Gdzieś w domach nad jeziorami, w lasach rodzą się pod niebem mazurskim pomysły nowych scenariuszy, filmów, powstają nowe książki. Nieopodal Spychowa, nad jeziorem Kierwik mieszkał
Krzysztof Kieślowski, w pobliżu Ełku mieszkają reżyserzy
Jerzy Hoffman i wspomniany Janusz Majewski. Pod Mrągowem ma dom jeden z najwybitniejszych polskich operatorów,
Jacek Petrycki, operator m.in. filmów Kieślowskiego. Żaden z nich jednak nie pokusił się o opowiedzenie historii Mazurów.
Michał Szczerbic, autor scenariusza "Róży", znany szef produkcji kilkudziesięciu filmów, ostatnio m.in. filmów Wojtka Smarzowskiego, wcześniej m.in. Krzysztofa Kieślowskiego, Andrzeja Wajdy, zaczął poznawać głębiej Mazury kilkanaście lat temu. Od kilku lat jest stałym mieszkańcem Mazur. Trafił na Mazury "za żoną", jedną z najlepszych polskich specjalistek od filmowych kostiumów,
Ewą Helman – Szczerbic. Zrazu był biernym słuchaczem historii i anegdot mazurskich. Jak twierdzi dzisiaj, czuł się zobowiązany napisać "coś o Mazurach", bo tak nakazywała mu jego wrażliwość - Słyszałem rozmowy Mazurów w powietrzu. Chodziłem na zagubione mazurskie cmentarze. Szukałem nawet tam z nimi kontaktu - mówi. Rozmawiał z historykami Mazur, ale też z rodowitymi Mazurami, którzy odwiedzali Mazury latem. Grzebał w książkach, składał swoją opowieść z różnych zasłyszanych historii.
Po obejrzeniu filmu
Michał Szczerbic powiedział mi: - Wiedziałem od początku, że ten film może zrobić tylko Wojtek Smarzowski. Nasze poglądy długo się ucierały. Dzisiaj wiem, że powstał film wybitny.
"Róża", reż. W. Smarzowski, fot. J. Drygała, Monolith
"Róża" zaczyna się sceną z Powstania Warszawskiego. Na oczach ciężko rannego oficera AK, Tadeusza, jego żona zostaje zgwałcona i zabita przez niemieckich żołnierzy. Tuż po zakończeniu wojny, późnym latem 1945 roku, Tadeusz, wróg komunistycznej władzy, szuka azylu na Mazurach. Ten azyl znajdowało tu wielu ówczesnych żołnierzy, partyzantów AK. Tutaj łatwiej było o anonimowość, ludzie zjeżdżali się zewsząd. Tadeusz jednak przybył do konkretnej wioski, z misją odnalezienia Mazurki, Róży Kwiatkowskiej. Jak później oznajmił, był świadkiem śmierci jej męża, walczącego w niemieckim Wehrmachcie. Nie wiemy, dlaczego była to misja tak ważna. Róża przyjmuje Tadeusza pod swój dach, z czasem rodzi się miłość między Mazurką, gwałconą przez sowieckich żołnierzy i akowcem ściganym przez NKWD i UB. Tadeusz staje się jej jedynym obrońcą we wsi. Społeczność mazurska odsuwa się od niej, uważając Różę za dziwkę puszczającą się z sowieckimi sołdatami.
Niezwykle ważną postacią w filmie jest pastor niemiecki, którego gra
Edward Linde - Lubaszenko. Pełni on niejako rolę narratora, opowiada historię Mazurów. To na pewno dobry pomysł, by opowiedzieć historię Mazurów, bo inaczej film nie będzie zrozumiany. Głoszone przez niego poglądy są raczej poglądami dzisiejszych badaczy historii, a nie ówczesnych duchownych mazurskich, ale to już zupełny drobiazg. Linde - Lubaszenko udowodnił, że jest świetnym aktorem.
Wiele jest w filmie scen poruszających - choćby pokazanie sowieckiego lekarza badającego Różę, który wykrywa u niej raka, będącego skutkiem gwałtów i poronienia. Lekarz nie chce przyjąć od Tadeusza wynagrodzenia za pomoc medyczną, widać że nawet okrutna wojna nie odebrała mu resztek człowieczeństwa. Jest jedynym w filmie sowieckim żołnierzem z ludzkimi odruchami. Stojący w strugach deszczu przed domem Tadeusz, ze zwitkiem banknotów – dolarów, oniemiały, porażony bólem cierpienia i odjeżdżający wojskowym gazikiem sowiecki lekarz, to jedna z bardziej przejmujących scen. Nie można nie wspomnieć o innych. Mazurzy są zmuszani groźbami do podpisania tzw. „polskiej listy”, przyjęcia polskiej narodowości. Komunistyczne władze polskie obiecywały im wówczas, że po podpisaniu listy będą mieli spokój, będą mogli spokojnie żyć w swoich domach, nikt ich nie będzie dręczył jako nie – Polaków. Róża mówi o tym Tadeuszowi, ten początkowo nakłania ją do podpisania listy. Zbuntowana kobieta ma duże opory i pyta Tadeusza: - A ty byś podpisał? Tadeusz milczy.
Tadeusz poddawany jest wielu próbom charakteru. Może wyplątać się ze wszystkich opresji, wystarczy tylko zgoda na współpracę z Urzędem Bezpieczeństwa - oni, ubecy, we wszystkim mu pomogą. Wybaczą nawet walkę o niepodległą Polskę. Wystarczy tylko, by ich informował o tym, o czym mówią Mazurzy. Pewnie mógłby zostać wójtem, burmistrzem, z jego wykształceniem nie byłoby z tym żadnych problemów. Tadeusz rzuca ubekowi w twarz przekleństwo, choć wie, że odmowę może przypłacić życiem.
"Róża", reż. W. Smarzowski, fot. J. Drygała, Monolith
Reżyser "Róży" ma wyjątkowo dobrą rękę do aktorów.
Marcin Dorociński (Tadeusz) – znakomity, urodzony do roli oficera AK, szlachetnego, lekko zagubionego w świecie Mazurów, ale też odnajdującego w tym świecie wspólne wartości;
Agata Kulesza (Róża) – tylko tak można wyobrazić sobie silną Mazurkę. Potrafiła być radosna, krnąbrna, czuła;
Marian Dziędziel – nestor Mazurów, mówiący zupełnie przyzwoicie po mazursku, budzący zaufanie, może za mało wykorzystany w filmie;
Jacek Braciak – osadnik z Wileńszczyzny, szukający swego miejsca na Mazurach po wygnaniu z rodzinnego domu, patrzący na interes swój i swojej rodziny, nawet kosztem Mazurów, bardzo przekonywująca gra aktorska. Żałuję, że
Kinga Preis tak niewiele mogła pokazać w filmie.
Po obejrzeniu filmu nikt nie powinien mieć wątpliwości, na jakich antywartościach budowany był w Polsce system komunistyczny. To nie tylko sowieckie kłamstwo na temat zbrodni w Katyniu stało się mitem założycielskim PRL-u, ale również kłamstwo na temat tragedii Mazurów.
Wielokrotnie Wojtek Smarzowski powtarzał, że chce zrobić film o miłości. I na pewno jest to film o niebanalnej, trudnej miłości. Bo jakże można kochać kobietę gwałconą przez Sowietów?
Wojtek Smarzowski jest mistrzem budowania nastroju, grania na emocjach. Każda scena filmu to osobny dramat, osobna historia, której wątek można rozwijać, która pobudza do myślenia. Trudno uwierzyć, by po obejrzeniu "Róży", ktoś mógł wyjść z kina obojętny na historię Mazurów, ich tragedię. Przestałem też absolutnie wierzyć w bzdury powtarzane przez polskich krytyków filmowych, że nasze polskie, lokalne historie są niezrozumiałe, że nie są uniwersalne. Smarzowski udowodnił, że jest mistrzem polskiego i europejskiego kina.