Ziska Riemann, fot. Aurora Films
Portalfilmowy.pl: Największym atutem „Lollipop Monster” wydaje nam się sposób w jaki łączysz jego kiczowatą („campową”) formę z niezwykle poważną treścią.
Ziska Riemann: Wraz z moją koleżanką Luci van Org zdecydowałyśmy się napisać scenariusz, który będzie odwoływał się do pewnych wydarzeń z naszego życia. Po pewnym czasie stwierdziłam jednak, że pomyślany w ten sposób projekt przypominałby te wszystkie dramaty społeczne, których sama nie oglądam, bo wydają mi się nazbyt dołujące. Zaczęłam, więc kombinować jak natchnąć film prawdziwą energią nastoletniego buntu, żądzą życia, pożądaniem i wolnością, a także sporą dawką humoru. W efekcie zanurzyłam to wszystko w takim, jakby to ująć, współczesnym-berlińsko-barokowo-stylowym-superdesignerskim-retro sosie. Zdecydowałam, że będę pracować nad „
Lollipop Monster” dość intuicyjnie i gdy teraz oglądam film mam wrażenie, że jego tonacja cały czas wznosi się i opada, w jednym momencie się śmiejesz, za chwilę jesteś już świadkiem okropnych wydarzeń. Dokładnie tego szukam w kinie. Gdy sama oglądam filmy, najbardziej doceniam te, na których mogę śmiać się i płakać jednocześnie.
PF: Stylistyka „Lollipop Monster” wydaje się mocno związana z powieściami obrazkowymi Daniela Clowesa (autor Ghost World), zaś w tych mroczniejszych momentach – Charlesa Burnsa (autor Black Hole). Jak wiemy, sama również zajmujesz się tworzeniem komiksów.
ZR: Tak, wszystkie te inspiracje są u mnie obecne! Komiksy Clowesa diametralnie różnią się od moich, ale boże święty, jakie on pisze dialogi.... Tak czy inaczej, „
Lollipop Monster” to mój pierwszy film, więc w znacznie większym stopniu niż reżyserką wciąż czuję się autorką komiksów, bo tą dziedziną sztuki zajmuję się znacznie dłużej. Siłą rzeczy więc mój film jest mocno zainspirowany sposobem prowadzenia narracji w powieściach obrazkowych. Komiksy mają to do siebie, że każda strona jest w nich równocześnie częścią całości i osobnym wszechświatem, opowieścią samą w sobie. Bardzo zależało mi, żeby przenieść podobny sposób myślenia także do kina.
PF: Czy praca nad filmem bardzo różniła się od pracy nad komiksem? Gdy tworzysz komiks masz wszystko pod kontrolą – możesz napisać i narysować cokolwiek, a na planie musisz nawiązać relację z operatorem, aktorami i całą ekipą.
ZR: Pozornie tak to wygląda, ale na dłuższą metę to nieprawda. Kiedy pracuję nad komiksem, początkowo wydaje mi się, że nad wszystkim panuję, ale nagle postacie uniezależnieją się od moich pierwotnych zamiarów, zachowują się na swój własny sposób. Nie mam szans ich kontrolować, robią sobie co chcą. Pod tym względem tworzenie filmów i komiksów wcale tak bardzo się więc nie różni.
„Lollipop Monster”, fot. Aurora Films
PF: Komiksowe inspiracje w „Lollipop Monster” przejawiają się choćby w tym, że relacja między bohaterkami została oddana w sposób bardzo plastyczny. Ari i Oona nie wymieniają wielu słów, ale sporo dzieje się między nimi w warstwie znaczących gestów i spojrzeń.
ZR: Moje bohaterki opierają się na silnych kontrastach, które znajdują swoje odbicie także w sferze wizualnej. Jedna z dziewczyn, Ari, jest bardzo kolorowa, druga, Oona, niemal czarno-biała. Podobne przeciwieństwa charakteryzują także rodziny bohaterek. Rodzina Oony usuwa się w cień, jest niemal niedostrzegalna. W tym miejscu muszę pochwalić Nicolette Krebitz, która fantastycznie zagrała trudną do uchwycenia postać matki budzącej sympatię, lecz jednocześnie niespecjalnie zainteresowanej sytuacją swojego dziecka. W rodzinie Ari matka zachowuje się zupełnie odwrotnie - jest zbyt spięta, nieustannie nadzoruje swoje dzieci. Ona także zaniedbuje jednak swoją córkę, bo całą uwagę obsesyjnie poświęca jej bratu.
PF: Choć do tej pory skupiamy się głównie na komiksach, twój film wydaje nam się podszyty również wieloma inspiracjami ze świata kina. Gdy oglądaliśmy „Lollipop...” odnieśliśmy wrażenie, że mógłby powstać w darkroomie, w którym John Waters spotkał Michaela Hanekego. Z tym drugim twórcą łączy cię zwłaszcza brutalne zakończenie przypominające jego wczesny film „Benny's Video”.
ZR: Pamiętam ten film! To o tym facecie, który utylizował kości w zlewie… I takim chłopczyku, który zabija dziewczynkę przy pomocy pistoletu dla świń.
PF: A rodzice pomagają mu pozbyć się ciała i zatuszować sprawę… Podstawowa różnica między „Lollipop...” a „Benny's Video” zdaje się jednak leżeć w tym, że Haneke obarcza winą głównie kreujące rzeczywistość media, zaś w twoim filmie, piekło przez które muszą przejść dziewczyny zostało wykreowane przez bierną postawę ich rodziców.
ZR: Istotnie, wszystkie zachowania bohaterek biorą się z desperackiej próby zwrócenia na nie uwagi rodziców. Oona nie może poradzić sobie z samobójczą śmiercią ojca, o którym matka mówi tylko, że był skończonym dupkiem, który zostawił ją samą z dzieckiem i gnijącym mieszkaniem. Bohaterka nie ma z kim dzielić bólu, więc zaczyna zadawać go sobie w ramach samookaleczania. Dodatkową motywację stanowi dla niej poczucie winy wynikające z faktu, że to właśnie ona przekazała ojcu informację, że matka go zdradza i przez to pośrednio przyczyniła się do jego samobójstwa. Tymczasem Ari postanawia zapełnić swoją wewnętrzną pustkę poprzez seks. Dlatego zaczyna kokiektować każdego.
PF: Odczuwane jednakowo intensywnie poczucie wyobcowania bardzo zbliża do siebie twoje bohaterki. Choć trudno jednoznacznie nazwać je lesbijkami, ich relacja nieustannie balansuje na granicy przyjaźni i pożądania.
ZR: Zależało mi na zbudowaniu właśnie takiej relacji. Oona rzeczywiście wydaje się autentycznie zakochana w Ari i bardzo mocno cierpi kiedy dowiaduje się, że koleżanka ma romans z jej wujkiem, którego nienawidzi. Natomiast Ari chce po prostu być dotykana, kochana. Obojętnie już przez kogo.
PF: Czy gdy sama byłaś nastolatką buntowałaś się w podobnie radykalny sposób jak dziś Oona i Ari?
ZR: Nawet bardziej. Nastoletnie dziewczyny, które znam, są znacznie bardziej normalne niż ja w ich wieku. Swego czasu byłam naprawdę bardzo zbuntowana. Ja i moje koleżanki czułyśmy, że jesteśmy zupełnie różne od otaczających nas dorosłych. Odnoszę wrażenie, że dziś to zanika, młodzi ludzie w Berlinie przychodzą do mnie i rozmawiają bez oporów. Chyba dlatego, że stali się znacznie bardziej tolerancyjni. Dziś istnieją emo, skejci i inne subkultury, ale często nie przeszkadza to ich członkom trzymać się razem. Tymczasem w mojej młodości my byliśmy punkami, a każdy inny wydawał nam się gównem.
PF: Z twojego filmu można wyciągnąć wniosek, że dziś wasz dawny bunt nie byłby nawet możliwy. Kiedy Ari w przypływie złości demoluje swój pokój, rodzice reagują z entuzjazmem i przekonują ją, że akceptują ten punkowy chaos, a nawet pomogą jej w przemeblowaniu.
ZR: Macie rację, taka konkluzja wynika z mojego filmu. W dzisiejszych czasach nie masz szans się zbuntować, więc przestajesz to robić lub robisz to na własną rękę i nadajesz mu coraz bardziej karykaturalne formy. Bunt bez wątpienia się skomercjalizował.
PF: Tak więc dziewczyny słuchają punk rockowej muzyki, ale nie rozumieją jej przesłania?
ZR: Zdecydowanie. Utożsamiają się z nią raczej na poziomie emocjonalnym.
„Lollipop Monster”, fot. Aurora Films
PF: Ciekawi jesteśmy również jak przeprowadzałaś w research do swojego filmu. Spotkałaś wiele dziewczyn, które zachowywały się podobnie do twoich bohaterek?
ZR: Właściwie to nie. Życie rodzinne Ari oparte jest na wspomnieniach Luci Van Org, zaś Oony na moich. Oczywiście nie wszystkie szczegóły zgadzają się w stu procentach. Dość powiedzieć, że mój ojciec wciąż żyje...
PF: Ale podobnie jak ojciec Oony, twój również jest artystą.
ZR: Zgadza się. Między innymi dlatego dom bohaterki wygląda jak wielki plac budowy, wszędzie walają się narzędzia i nierozpakowane pudła, a to wszystko pokrywa kurz. Ojciec nigdy nie ma głowy do tego, żeby je wykończyć. Pamiętam z dzieciństwa, że moje mieszkanie wyglądało dokładnie tak samo.
PF: Skąd w takim razie wziął się u ciebie pomysł na scenę samobójstwa ojca?
ZR: Wizja mężczyzny wieszającego się na podwórku szkoły nie jest dziełem fikcji. To historia jednej z moich koleżanek z klasy. Gdy odkryła, co się stało, byłam tuż obok niej. To przeżycie zrobiło na mnie na tyle silne wrażenie, że musiałam wrócić do niego w filmie.
PF: Ta scena stanowi również zawiązanie akcji. Na gruncie tego wspólnego doświadczenia śmierci, zderzenia z rzeczywistością rodzi się przyjaźń obu dziewczyn.
Wow, naprawdę nieźle idzie wam to analizowanie filmów… Zadajecie mi pytania, których sama sobie nie zadałam.
PF: Bardzo interesująca wydaje nam się również postać kochanki brata Ari - czarnoskórej Jackie. Na twojej stronie internetowej, wśród twoich obrazów można znaleźć wizerunki kobiety łudząco przypominającej tę dziewczynę. W piosence, którą rozpoczyna się film, wokalista śpiewa: My czekamy by spełnić twoje żądze, nasłuchujemy was, by je wypełnić. W kontekście tych słów, Jackie wydaje się wcielonym pożądaniem, spełnieniem pragnień wszystkich postaci.
ZR: Jackie stanowi ewidentny obraz dzikiej strony każdego z nas. Jest czarna, więc otacza ją aura egzotyki. Istnieje taki stereotyp, że czarne kobiety są bardziej seksualne i lepsze w łóżku, a czarni faceci mają większe penisy, czy jakoś tak. Znam osoby, które tak uważają i ciągle towarzyszy im lęk, że nagle zjawi się jakaś czarna osoba i spisze się lepiej od nich.
PF: Jackie pojawia się więc na łonie rodziny, by obsadzić ją od środka i obnażyć ukryte żądze domowników. Pod tym względem wydaje się żywcem wyjęta z „Teorematu” Pasoliniego.
ZR: Z pewnością jest ukrytym pragnieniem, które nagle wypływa na powierzchnię. Takich niepokojących żądz jest zresztą w filmie całkiem sporo. W pierwszej scenie, w której cała rodzina Ari siedzi przy stole i karmi go łyżeczką.... Ok, to miał być sekret, ale powiem go wam: kazałam aktorce Sandrze Borgmann popatrzeć na filmowego syna w taki sposób, jakby chciała go przelecieć.
PF: Pomiędzy tym dwojgiem istnieje niemal sadomasochistyczna relacja.
ZR: W omawianej scenie napięcie wzrasta do tego stopnia, że syn w końcu dostaje drgawek i upada na ziemię. Atmosfera rozładowuje się dopiero, kiedy łamie się łyżka. W rodzinie Ari ciągle krąży nieokiełznane pożądanie seksualne - ojciec prowadzi podwójne życie, matka chce przelecieć syna, a właściwie być przeleciana przez niego, a córka stoi z boku i wszystko to wyczuwa. Nagle w tym krajobrazie pojawia się Jackie, która diametralnie odmienia sytuację. Ojciec staje się rozbudzony i szczęśliwy, a matka kumuluje w sobie zazdrość, która rozsadza się dopiero pod wpływem ataku histerycznego śmiechu.
PF: Uwodzicielska atmosfera nie opuszcza twojego filmu nawet na chwilę. W jednej ze scen udało ci się natchnąć erotyzmem nawet banalną scenę jedzenia truskawek.
ZR: To dlatego, że mam teraz wśród swoich znajomych świeżą parę i dziewczyna cały czas zajada truskawki w taki zmysłowy sposób! Doprowadza mnie tym do szaleństwa!
PF: Nigdy wcześniej nie myśleliśmy o truskawkach w tym kontekście, ale chyba nie uda nam się już wyrzucić tego obrazka z pamięci.
ZR: Oj, z truskawkami można zrobić naprawdę wiele rzeczy… nie tylko je zajadać. Czy widzieliście może japoński film "Tampopo"? Wiecie, co oni tam robią z surowym jajkiem? Bawią się nim turlając go po rękach, skórze, ustach… To bardzo znany film, jeden z tych spożywczo-seksualnych.
PF: Obiecujemy, że przed następnym spotkaniem nadrobimy zaległości. Tymczasem ciekawi nas jeszcze jeden potencjalny element autobiograficzny „Lollipopa”. Czy dobrze wydaje nam się, że obrazy, które w trakcie filmu maluje Oona tak naprawdę zostały stworzone przez ciebie?
ZR: Od początku do końca. Na potrzeby filmu wymyśliłam dla Oony specjalny styl malowania. Nie dobry, w naturalistycznym sensie, ale surowy i dziki. Zabawne jest to, ze po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że ona rysuje lepiej ode mnie.
PF: Jak widać, zajmowałaś się w swoim życiu masą rzeczy: malowałaś, tworzyłaś komiksy i muzykę. Co sprawiło, że ostatecznie skierowałaś swoje kroki także w stronę kina?
ZR: Kiedy pisałyśmy scenariusz „Lollipopa...”, zdałam sobie sprawę, że film na jego podstawie może zostać zrobiony jedynie przeze mnie. Lucy, moja współscenarzystka, nie chciała reżyserować, a od początku wiedziałyśmy, że jeśli oddamy komukolwiek obcemu materiał z naszych wspomnień, może wyjść z tego katastrofa. Napisałam w swoim życiu sporo scenariuszy i zawsze mam ten problem pisarza, który nie chce rozstać się ze swoim tekstem. Teraz pokonałam odwieczny lęk i mogę sobie te wszystkie scenariusze wyciągnąć i zrealizować jeden po drugim. „Lollipop...” był dla mnie najlepszym materiałem na początek. To bardzo kolorowy film i gdy go kręciłam czułam się jakbym strzelała farbami po suficie z myślą: Bang! To jest właśnie kino.