Sherlock Holmes. Nowe kino wielkiej przygody
Mogłoby się wydawać, że w epoce cyfrowych efektów specjalnych nikomu niepotrzebne są już płaszcz i szpada. Wrażenie to jednak mylne, gdyż kino nadal sięga po sprawdzone wzorce fabularne, często wyprowadzone z klasycznych pozycji literatury przygodowej. Oczywiście uprzednio dostosowując je do wymogów widowiska dwudziestego pierwszego wieku.
Trudno co prawda prorokować tak dalece, bo przecież film to sztuka zmieniająca się nieustannie i dynamicznie, ale chyba wolno bez zbytniego ryzyka stwierdzić, że mistrzowie łuku i szermierki podobni
Errolowi Flynnowi czy
Tyrone'owi Powerowi, niezapomnianym odtwórcom ról Robina Hooda i Zorro, już na ekranie nie zagoszczą. Mimo że pewne motywy kina przygodowego są niezmiennie w kinie obecne, twórcy je przetworzyli, przekonstruowali typowe dla tego gatunku schematy fabularne. Nie jest to wcale nowa strategia scenariuszowa, bowiem przez lata zapoznano widza z różnorakimi prequelami, sequelami i wariacjami na temat córek i synów łucznika z Sherwood czy nowymi losami D'Artagnana. Nawet niedawny
„Robin Hood” Ridleya Scotta zaplanowany został jako historia rewolucyjna, mającą ukazać prawdziwe losy słynnego bandyty o gołębim sercu; podobny cel przyświecał, przynajmniej według zapewnień twórców, także
„Królowi Arturowi”, pod którym podpisał się
Antoine Fuqua. Patrząc jednak na dwa całkiem świeże blockbustery,
„Trzech muszkieterów” Paula W.S. Andersona i „Sherlocka Holmesa” Guya Ritchiego, można mniemać, że przyszedł czas na zwrot w przeciwnym kierunku – ku całkowitemu odrealnieniu przedstawianej historii na rzecz czystej rozrywki.
"Trzej muszkieterowie" Paula W.S. Andersona - przygoda w 3D. Fot. Monolith Films
Słynną powieść awanturniczą
Aleksandra Dumasa przerobiono na przygodowe kino akcji, w którym efekciarskie pojedynki przypominają raczej starcia z filmów walki niż szermierskie boje, a co ważniejsze całość umieszczono w estetyce steampunkowej. Termin ten, rozpoznawany w kilku popularnych gatunkach literackich, chociażby fantasy i science-fiction, oznacza przeniesienie akcji najczęściej do alternatywnej wersji wieku dziewiętnastego, w której udało się wprowadzić w życie nawet najśmielsze projekty renesansowych i wiktoriańskich wynalazców. Dlatego też w „Trzech muszkieterach” mamy statki powietrzne i wymyślne gadżety, zbliżające niektóre sceny akcji do tych z filmów o Jamesie Bondzie. Na pierwszy rzut oka równie śmiały okazał się też
Guy Ritchie – jego wersja przygód najsłynniejszego z detektywów odbiega znacznie od kanonicznej.
Sherlock Holmes A.D. 2009, wzorowany ponoć na francuskim malarzu Henrim Toulouse-Lautrecu, to ekscentryk w typie roztrzepanego artysty. Zmaga się z samozwańczym magiem korzystającym z nowoczesnych, a niedostępnych w ówczesnej epoce urządzeń. A jednak, wbrew pozorom, „
Sherlock Holmes” zachował coś z ducha oryginalnych dzieł
Arthura Conana Doyle'a, bowiem w finale wszelka iluzja magiczna ustępuje miejsca logice i rozumowi.
Sherlock Holmes, reż. Guy Ritchie, fot. Warner Bros
Pomimo tego, na pierwszym planie nadal są szalone pościgi, bójki i strzelaniny, a zwiastuny drugiej części przygód Sherlocka Holmesa w interpretacji Guya Ritchiego jasno wskazują na to, że mozolna praca śledcza raz na zawsze ustąpi miejsca nieposkromionej niczym akcji.