szukaj
login
Wstyd (2011)
Dramat | Wielka Brytania | 99 min |
REŻYSERIA:
SCENARIUSZ:
GWIAZDY:
PATRZĄC NA BRANDONA
Barbara Kosecka / www.portalfilmowy.pl   23 lutego 2012 08:35
A
A
A

O wielu filmach chętnie myślę, że uwodzą: muzyką, tajemnicą, aktorskim gestem. "Wstyd" nie uwodzi. Co prawda jego bohater, trzydziestoparoletni, uzależnony od seksu nowojorczyk Brandon (Michael Fassbender) potrafi – dosłownie – uwieść kobietę spojrzeniem, a film wypełniają po brzegi sceny kopulacji w najróżniejszych konstelacjach i wariantach, a także nagość pozbawiona wszelkiej pruderii – jednak pozostaję oszołomiona i chłodna. Nie „czaruje“ mnie obraz, nie podnieca seks ani główny bohater, mimo iż o atrakcyjności Fassbendera trudno dyskutować.

A równocześnie "Wstyd" wbija się w pamięć na bardzo długo: to film zrobiony z wielką intensywnością i odwagą. Rzecz nie w brawurze prezentowania na ekranie seksualnych detali, lecz odwadze w pokazywaniu... męskiej słabości, na którą patrzę ze smutkiem, przyłapana tête-à-tête z Brandonem pełnym nieposkromionej potencji, ale odsłaniającym się od najbardziej bezbronnej strony: podczas masturbacji w służbowej toalecie, wirtualnych „randek“ ze stronami porno, seksu w „realu“, lecz pełnego wściekłości i desperacji, bo przynoszącego ulgę na coraz krótszy czas; z Brandonem kompletnie nagim dosłownie i w przenośni. Nie byłoby Brandona, gdyby nie Fassbender – aktor chowający swój męski wstyd do kieszeni, grający w skali od prawie zera, gdy jego twarz wydaje się emanacją nijakości, do tysiąca stopni Celsjusza, przy których wszystko eksploduje. Ale też nie byłoby tej postaci, gdyby nie dopełniająca Brandona, rozpaczliwie szukająca miłości Carey Mulligan jako jego siostra Sissy, która przyjeżdża bez zapowiedzenia i rujnuje rozwiązłe, ale uporządkowane życie brata, wprowadzając do tego zimnego świata emocje i chaos.


Kadr z filmu "Wstyd", fot. Gutek Film

Powszechnie zwraca się uwagę na to, że film 43-leniego Brytyjczyka o mylącym imieniu i nazwisku (nie, to nie „ten“, cudownie zmartwychwstały aktor Steve McQueen) przywołuje na myśl inne nowojorskie filmy: "Nocnego kowboja" czy "Taksówkarza", z ich nocnym szaleństwem wyrosłym na wielkomiejskiej glebie i równie łatwo się w niej kamuflującym. Nie jest to jednak przywołanie poprzez podobieństwo czy sentymentalną aluzję, raczej odwrotnie – "Wstyd", opowiadając na podobny temat, jest filmem wręcz szokująco pozbawionym „klimatu“, a-lokalnym, dziejącym się nigdzie. Miasto nie ma tu charakteru, podobnie zresztą jak biuro bohatera i jego mieszkanie; on sam, gładko uczesany, owinięty nijakim szalikiem, także nie ma w sobie nic szczególnego – poza zwierzęcym seksualnym instynktem oczywiście. Jedyny blask, jaki spowije to nudne miasto, spłynie z ust Mulligan, która fenomenalnie, z całym emocjonalnym rozchwianiem swojej bohaterki, trawestuje tytułową piosenkę Lizy Minelli z "New York, New York". W tej jednej scenie uda się dostrzec emocjonalną szczelinę w psychice bohatera.


Kadr z filmu "Wstyd", fot. Gutek Film

Część psychiatrów twierdzi, że seksoholizm jako jednostka chorobowa nie istnieje, że stanowi jedynie wymówkę dla rozwiązłego stylu życia; wówczas spoglądalibyśmy na bohatera jak na człowieka słabego, pogrążającego się w obsesji seksu z lęku przed prawdziwym życiem. Jednak McQueen wprowadza do "Wstydu" zbyt wiele niejednoznaczności, byśmy – przy całym braku sympatii dla Brandona – mogli okopać się na tej pozycji. Może kondycja bohatera jest bolesnym skutkiem traumy, która spotkała jego, a być może jego i Sissy, o czym scenarzyści tak sugestywnie milczą? McQueen nie daje odpowiedzi na żadne pytania i przy całym podziwie dla Wstydu mam wrażenie, że jest to unik. Otwarte zakończenie, które powraca do sytuacji z początku filmu, daje tak naprawdę tylko złudzenie otwartości, zawężając pole interpretacji do drugorzędnego w gruncie rzeczy pytania, czy Brandon będzie umiał przezwyciężyć nałóg. Dla mnie o wiele ciekawsze pozostaje pytanie – dlaczego?

ilość komentarzy: 0
- brak komentarzy -
POWIĄZANE TYTUŁY
Wstyd (2011)