
Najcenniejsze w nowej wersji pierwszej części „Gwiezdnych wojen” jest to, że przez moment spełniają się marzenia dziecięcych lat. W mgnieniu oka zapomina się o oddzielającym dwie rzeczywistości ekranie, gdy siedząc w ciemnej kinowej sali w trójwymiarowych okularach z ust mistrza Yody słyszy się słowa: „Niech moc będzie z tobą!". Na krótką chwilę – zanim pojawi się kolejna, bardziej racjonalna myśl – stanąć można ramię w ramię z rycerzami Jedi: Qui-Gon Jinnem i Obi-Wan Kenobim.
Rok 1999 dla milionów fanów sagi z całego świata jawił się niczym godzina zero. Wtedy, po dwudziestu dwóch latach artystycznego milczenia, jeden z największych wizjonerów współczesnego kina, jakim bez wątpienia jest George Lucas, „przemówił”. Wyczekiwana od dawien dawna pierwsza część sagi „Gwiezdne wojny: Część I – Mroczne widmo” ujrzała światło dzienne. Oczekiwania wobec filmu, siłą rzeczy, były ogromne. I tak jak wielki entuzjazm towarzyszył jego wejściu do kin, tak wielka fala krytyki, zarówno ze strony branżowych dziennikarzy, jak i publiczności, spłynęła na twórców po premierze. Zarzutów było mnóstwo, ale jak mantra powtarzano jeden kluczowy: fabułę potraktowano nieco po macoszemu kosztem spektakularnych efektów specjalnych.
Kadr z filmu „Gwiezdne wojny: Część I – Mroczne widmo”, fot. Imperial-Cinepix
Oglądając film „wczoraj” i dziś, trudno takiemu wrażeniu się oprzeć. Niedoróbek fabularnych rzeczywiście jest sporo, a wprowadzone postaci (jak chociażby Jar Jar Binks i cała rasa Gunganów) nie wytrzymują porównania z klasycznym, stworzonym przed laty, uniwersum, którym zachwycali się widzowie niejednego pokolenia. Gdyby odwrócić chronologię, gdyby wszystko odbyło się po kolei, czyli najpierw powstałoby spełniające funkcję prologu „Mroczne widmo”, a następnie ewentualne kolejne części, kto wie, czy dzisiaj w ogóle mielibyśmy do czynienia z takim uwielbieniem.
George Lucas kwestiami technologicznymi tłumaczył fakt, że na początek historii Anakina Skywalkera (późniejszego Dartha Vadera) kazał czekać tak długo. Dopiero kiedy kino weszło w erę cyfrową – w czym sam zresztą maczał palce – a komputerowe efekty specjalne otwierały zupełnie nowe, nieograniczone możliwości, reżyser poczuł, że ma w ręku narzędzie, które pozwoli w pełni oddać jego autorską wizję. I choć od strony wizualnej to prawdziwe widowisko, fabularnie pozostawia wiele do życzenia.
Lucas jest reżyserem posiadającym niesamowitą intuicję biznesową. Zwrócił mi na to uwagę operator Haskell Wexler, który odegrał istotną rolę w początkach zawodowej drogi reżysera. W umowie, jaką zawarł na realizację klasycznych „Gwiezdnych wojen”, Lucas zrzekał się gaży w wysokości pół miliona dolarów w zamian za prawa licencyjne do filmowych postaci. Trudno dokładnie policzyć, ile na tym zarobił, ale w czasie pracy nad „Mrocznym widmem” za same prawa do produkcji lalek oraz mieczy świetlnych firma Hasbro wystawiła mu czek na bagatela… ćwierć miliarda dolarów. Jeżeli zatem ktoś miał odnaleźć się w kinematograficznej rewolucji, jaką było wprowadzenie technologii 3D, tą osobą z pewnością był George Lucas, widząc tym samym drugą szansę dla wcześniej nie najlepiej przyjętego filmu.
Kadr z filmu „Gwiezdne wojny: Część I – Mroczne widmo”, fot. Imperial-Cinepix
Na pierwszy rzut oka trójwymiarowa wersja „Mrocznego widma” sugeruje zachowanie status quo. Wdzięcznie podkreśla znane wcześniej walory, uwypukla słabe punkty. Diabeł jednak tkwi w szczegółach, a te w dużej mierze przechylają szalę na korzyść „odświeżonego” oblicza pierwszej części sagi. Wydaje się zresztą, że jest to jeden z tych filmów, nadających sens trójwymiarowej rewolucji. Produkcji będących przede wszystkim świętowaniem wizualności, ucztą dla oka, a dopiero w dalszej kolejności – jeśli w ogóle – pretendujących do miana intelektualnej rozrywki.
Nieco pretensjonalna fabuła, nieprzekonująca psychologia postaci schodzi gdzieś na drugi plan, podczas gdy centrum zainteresowania stanowi kreacja świata przedstawionego, drobne szczegóły, których wcześniej nie sposób było dojrzeć. Wisienką na tym odświeżanym torcie są dwie prawdziwie wirtuozerskie sekwencje – wyścigu ścigaczy oraz walki rycerzy Jedi z Darthem Maulem. One sprawiają, że fani „Gwiezdnych wojen” nie powinni czuć się specjalnie zawiedzeni. A już na pewno nie bardziej niż przed trzynastoma laty.










