szukaj
login
Mój tydzień z Marilyn (2011)
REŻYSERIA:
SCENARIUSZ:
GWIAZDY:
MÓJ TYDZIEŃ Z MARILYN
Andrzej Kołodyński / www.portalfilmowy.pl   2 lutego 2012 12:12
A
A
A

Kiedy ma się do czynienia z filmem głośnym  i nagradzanym, można zapytać tylko, czy spełnia oczekiwania. Tak, „Mój tydzień z Marilyn” jest chyba filmem, który nikogo nie  rozczaruje. Gładki w oglądaniu, jest inteligentny, dowcipny, opowiada o sławnych ludziach i pozwala spojrzeć za kulisy ich prywatnego życia, w dodatku jest filmem o filmie, co  zawsze budzi zainteresowanie. Mówiąc górnolotnie – jest to jeden z tych filmów, który odsłania świat magiczny, niedostępny zwykłemu widzowi siedzącemu w powszednim mroku kinowej sali. 

Tym razem chodzi o realizację „Księcia i aktoreczki” z 1956 roku, jednego z dwóch filmów, które Marilyn Monroe, wówczas u szczytu  sławy, wyprodukowała w swojej firmie „Marilyn Monroe Productions”  - ale w Anglii, co w Hollywood potraktowano jako zagrożenie i co natychmiast zaowocowało dla niej nadzwyczaj lukratywnym, siedmioletnim kontraktem ze studiem Foxa. Zapewne ta ekranizacja kostiumowej sztuki Terence Rattigana, nie jest najlepszym filmem; złośliwa Pauline Kael, guru amerykańskiej krytyki, stwierdziła cierpko, że brak mu inwencji i polotu. W ciągu lat okazało się także, że jest to jeden z najmniej popularnych filmów Monroe.


Kadr z filmu "Mój tydzień z Marilyn", fot. Forum Film

A jednak stanowi atrakcyjny temat z wielu powodów. Najważniejszym z nich są dwie wspomnieniowe książki Colina Clarka, opublikowane dopiero w 1995 i 2000 roku . Ich autor debiutował w przemyśle filmowym jako nic nie znaczący „trzeci asystent”, praktycznie - chłopiec na posyłki, miał wtedy 23 lata i młodzieńczy entuzjazm. A na planie, na którym znalazł się przebojem, panowała atmosfera pełna napięcia. Na Marilyn Monroe czekał Laurence Olivier, żywa legenda kina, który miał być jej reżyserem i partnerem, a także znakomici aktorzy brytyjscy. Reprezentowali najwyższej klasy profesjonalizm i na ich tle Monroe wydawała się amatorką , w dodatku ulegającą modnej w Stanach „metodzie” aktorskiej  szkoły Lee Strasberga, którą Olivier uważał za bzdurę, a którą uosabiała towarzysząca Marilyn nieznośna Paula Strasberg. Ale Olivier, jak zresztą  wszyscy, zdawał sobie sprawę z niezwykłego talentu prawdziwie zjawiskowej aktorki.  Monroe potrafiła olśniewać przed kamerą, co jednak okupione  było  okresami załamania nerwowego, alkoholem i lekami.  Praca z nią przypominała nieustanną walkę. I to właśnie opisał Clark. A miał o czym pisać, bo Marilyn nie tylko go zauważyła, ale uczyniła swoim powiernikiem, jedyną osobą, na której mogła się wesprzeć, którego chciała mieć obok siebie uciekając przed konfliktami na planie. Czy stał się także jej kochankiem? Film sugeruje, że był to związek platoniczny mimo niewątpliwie erotycznego klimatu, kilka dni najbardziej intymnej przyjaźni, niemal sztubackiej, choć Marilyn miała 30 lat i od kilku tygodni nowego, trzeciego męża, Arthura Millera. Przylecieli razem do Anglii, po czym, po gwałtownej kłótni, pisarz wyjechał do Paryża , ponieważ Marilyn przeczytała jego notatki na swój temat i poczuła się głęboko dotknięta. Chłopięca adoracja Colina była w tym momencie dla niej ucieczką i zapomnieniem. Przynajmniej na tydzień.

Ten osobliwy tydzień Simon Curtis, dotychczas tylko realizator telewizyjny – ale kto wie, czy właśnie to nie okazało się pomocne – ukazuje z nieoczekiwanym liryzmem, kontrastującym z pełnymi napięcia sytuacjami na planie. Jednak to w tej, „produkcyjnej” warstwie film sięga głębiej ukazując pewnego rodzaju starcie kulturowe. Przecież trzeci asystent, Colin na zawołanie, to młody arystokrata ze znakomitej rodziny, absolwent Eton, który mógł wprowadzić Marilyn do zamku windsorskiego powołując się u bramy tylko na nazwisko swego wuja , bibliotekarza królowej.  Ekipa wyczekująca grzecznie w studio Pinewood na spóźniającą się o całe godziny  Marilyn Monroe to  także arystokracja – sir Oliver czy Dame Sybil Thorndike. Amerykańska świta aktorki znacznie różni się swoją nuworyszowską pewnością siebie od brytyjskich, świadomych swej pozycji profesjonalistów brytyjskich. Ten cichy konflikt jest nie tylko obecny, ale pokazany z niewątpliwym dowcipem w tle filmu.

Jednak pierwszy plan to aktorskie kreacje. Bez sukcesu w tej warstwie filmu po prostu by nie było. Wiadomo, że Michelle Williams za rolę MM  i Kenneth Branagh za rolę Oliviera otrzymali już nominacje do Oscarów i do brytyjskich nagród BAFTA. Oczywiście, trudno nie podziwiać ich odwagi i niewątpliwej brawury.  Tajemnica tych  kreacji polega na szczególnym dystansie. Nie próbują udawać, że na czas seansu stają się postaciami, które mają odwtarzać. Nie,  raczej o nich tylko opowiadają. Z niewątpliwą fascynacją, posługując się pewnymi gestami, ruchem, tonem głosu. Ale zawsze są jakby obok, tylko cytując. To bardzo piękny pokaz nowoczesnego aktorstwa, które zapewnia filmowi rodzaj intelektualnego cudzysłowu, ale nie wyklucza wcale emocjonalnego przeżycia. Podobnie gra Judi Dench i  starsi wiekiem aktorzy, zupełnie inny jest natomiast Eddie Redmayne w roli Clarka. To wprawdzie też postać autentyczna, ale akurat tym razem dystans nie był potrzebny. W swoim  ekranowym wydaniu młody Colin mógł pozostać tylko zakochanym chłopakiem, w oszołomieniu  przeżywającym najpiękniejszą przygodę swego życia.

ilość komentarzy: 0
- brak komentarzy -
POWIĄZANE TYTUŁY
Mój tydzień z Marilyn (2011)