
Już pierwsza scena w filmie zapowiada o kim i o czym będzie opowieść. W dużym zbliżeniu widzimy twarz przystojnego młodzieńca, który z wiarą i przekonaniem głosi, że nie kierują nim religijne zasady moralne, a amerykańska konstytucja. Zanim jednak zdążymy mu uwierzyć kamera ukazuje nam, że słowa wypowiadane są z teatralnej sceny, na której za chwilę odbędzie się polityczny spektakl – bezwzględna gra o władzę, obłudna i cyniczna kampania wyborcza.
Film „Idy marcowe” ma wiele powiązań z teatrem. Większość scen rozgrywa się we wnętrzach (co bliskie jest specyfice nowel telewizyjnych, zwanych u nas teatrem telewizji). Scenerią kilku zaledwie ujęć ulicznych są głównie małe, brudne zaułki a obecność postronnych przechodniów zaznaczona jest jedynie symbolicznie, co raczej nie wynika z oszczędności, a jest wyraźnym zabiegiem teatralizującym. Podobne wrażenie sprawia gra aktorów, z bardzo scenicznym rytmem dialogów. Scenariusz jest adaptacją sztuki teatralnej Beau Willimona, który pracował kilka lat przy kampaniach wyborczych i, jak sam wyznaje, wszystkie pomysły fabularne zaczerpnął ze swoich doświadczeń z pracy w świecie polityki. Sztuka nazywa się „Farragut North”, tak jak stacja metra w centrum Waszyngtonu, w której pobliżu mieszczą się biura konsultantów, spin-doktorów, makiawelicznych postaci z drugiego planu amerykańskiej polityki. Jednak autorzy scenariusza zmienili ten tytuł, nie kryjąc głębszych ambicji i szekspirowskich odniesień w opowiadanej przez nich historii.
Kadr z filmu "Idy marcowe", fot. Kino Świat
Twórcy filmu, spółka przyjaciół George Clooney i Grant Heslov, sprawdzili już swoje umiejętności m.in. w „Good night, and good luck.” (2005), gdzie rozliczyli jedną z dyskusyjnych kart historii USA, senatora z Wisconsin Josepha McCarthy’ego. Tym razem jednak opowiadają historię współczesną – na tyle współczesną, że po wyborze Baracka Obamy (którego Clooney aktywnie wspierał) wstrzymali produkcję filmu, aby jego cynizm nie osłabił optymizmu i nadziei związanych z nowym prezydentem. „Mniej więcej rok później wszyscy stali się znowu cyniczni i mogliśmy spokojnie wrócić do projektu” – opowiada producent, scenarzysta, aktor i reżyser „Id marcowych”. Na pozór jest to thriller polityczny, demaskujący brudne mechanizmy amerykańskiej polityki. Akcja rozgrywa się podczas kampanii wyborczej, mającej wyłonić kandydata Partii Demokratycznej na prezydenta kraju. Jesteśmy świadkami gry bezwzględnych manipulatorów, którzy już dawno wykpili własne i zbiorowe złudzenia, a jedyną wartością jest dla nich osobisty sukces, który traktują z iście amerykańską determinacją. Scena, w której dwaj szefowie sztabów wyborczych (Philip Seymour Hoffman i Paul Giamatti) mierzą się wzrokiem stojąc w przeciwległych kulisach teatru, przypomina klasyczny westernowy pojedynek rewolwerowców. W ogóle film Clooneya jest przemyślanym, perfekcyjnym choć konwencjonalnym produktem kinowym, bezpiecznie wykorzystującym sprawdzone, standardowe środki wyrazu. Jest tu wszystko, co potrzeba. Wyrazista reżyseria bez fajerwerków, która stara się przede wszystkim nie pogubić narracji, pozwala sobie jednak na porozumiewawcze mrugnięcia okiem w wątkach aluzyjnych, czytelnych dla wtajemniczonych (np. niezbędny we współczesnym produkcie kinowym wątek homoseksualny, tutaj zarysowany subtelnie i bardzo ostrożnie; czy równie obowiązkowy wątek genderowy). Czekoladowa kolorystyka zdjęć, których autorem jest sprawdzony w wielu produkcjach Phedon Papamichael (także w filmie Oliviera Stone’a o Bushu). Muzyka Francuza Alexandre'a Desplata, nominowanego już czterokrotnie do Oskara, autora kompozycji m.in. do „Jak zostać królem” czy do paru ostatnich filmów o Harrym Potterze. Niezwykle staranna scenografia oraz kostiumy dopasowane nie tylko do charakterów, ale i do nastrojów postaci. Łatwa (może nawet zbyt łatwa) do śledzenia fabuła, której zwroty są starannie podkreślane przez wymienione wyżej środki wyrazu, i która prowadzi do popularnej konstatacji, że żaden uczciwy człowiek nie może zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. No i znakomici aktorzy, dobrani według kryteriów artystycznych i estetycznych.
Pomimo to film George’a Clooneya, oglądany jako thriller polityczny, jest filmem słabym. Wprawdzie jego przesłanie wydaje się słuszne i szlachetne, ale przecież nie nowe – demaskowanie brutalności i zakłamania amerykańskiej polityki odbywało się w kinie co najmniej od słynnego filmu „Kandydat” z roku 1972, a pewnie i wcześniej. Polityka w „Idach marcowych” jest trochę papierowa, programy kandydatów ulepione sztucznie i schematycznie. Fabularne zwroty akcji thrillera są nieco naciągane i niewiarygodne, podrasowane teatralnym aktorstwem i dramatyzującą muzyką, odrobinę soap-operowe. Film ogląda się bezboleśnie, nawet przyjemnie, ale z uczuciem niedosytu wobec oczekiwań, z jakimi wchodziliśmy do sali kinowej. Dlaczego?
Wszystkiemu winne są szekspirowskie ambicje twórców „Id marcowych”. Bowiem (co za ironia!), wbrew temu, co zapowiadała kampania promocyjna filmu, nie jest on thrillerem politycznym. Wykreowany w nim świat polityki w zamierzeniach twórców filmu miał być jedynie tłem dla opowieści o historii jednostki uwikłanej w tryby systemowego zła; kanwą dla moralitetu, w którym wiara w siebie, w samo-uświęcające whitmanowskie „Ja!”, zastępuje wiarę w wartości i prowadzi do zaprzedania duszy zawsze -w tym świecie- skuteczniejszemu złu. Wybitnie uzdolniony Stephen Meyers (Ryan Gosling), młody bohater „Id marcowych” świadomie wchodzi do gry z demonami świata polityki, wierząc, że jest w stanie nad nimi zapanować, że codzienne małe i większe kompromisy z sumieniem służą zdobyciu tego miejsca u władzy, w którym będzie mógł naprawiać świat na wielką skalę. Czy Kanadyjczyk, który po filmie „Drive” zyskał miano młodego Steve McQeen’a, poradził sobie z tak trudnym i odpowiedzialnym zadaniem aktorskim? Czy potrafił pokazać wewnętrzną walkę duchową na miarę Raskolnikowa? Wybacz mi, drogi widzu, że zostawię to pytanie bez odpowiedzi. Zobacz i oceń sam, bo bez wątpienia warto poświęcić czas temu filmowi i tej roli.
W dramacie Szekspira tytułowy bohater nie jest główną postacią sztuki. Juliusz Cezar występuje zaledwie w trzech scenach, pozostaje jednak osią dla wewnętrznej walki i drogi duchowej Brutusa. Także kluczowa postać gubernatora Morrisa, grana przez George’a Clooneya, jest w filmie postacią prawie drugorzędną. Bowiem Mike Morris, nawet jeśli zostanie prezydentem, już przegrał swoją grę, walkę o swoją duszę. Ameryka, którą reprezentuje jego pokolenie, jest tylko upadającym imperium na glinianych nogach. To młody Stephen Meyers zdecyduje o jej przyszłości. W „Idach marcowych” dostaje ostatnią szansę. Film, tak jak się zaczął, kończy się zbliżeniem na twarz bohatera, któremu zadane zostało ważne pytanie. Jeszcze może powiedzieć prawdę.










