szukaj
login
Róża (2011)
Fabularny, Dramat | Polska | 98 min |
REŻYSERIA:
SCENARIUSZ:
GWIAZDY:
Czas zły
Andrzej Bukowiecki / www.portalfilmowy.pl   19 lutego 2012 20:00
A
A
A

Od 3 lutego na ekranach najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego – „Róża”. Oficjalnie: wielki przegrany, nieoficjalnie: triumfator zeszłorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W werdykcie międzynarodowego jury przegrał bój o Złote Lwy z „Essential Killing” Jerzego Skolimowskiego. W opinii większości dziennikarzy i obserwatorów był najlepszym z wszystkich filmów konkursowych.

Premiera „Róży” odbyła się 24 stycznia – w dniu, w którym dowiedzieliśmy się o nominacji do Oscara dla „W ciemnościAgnieszki Holland. To zbieg okoliczności, niemniej jest coś krzepiącego w fakcie, że kiedy jeden wybitny, poważny film polski, prześwietlający tzw. najnowszą historię naszego kraju wchodzi na ekrany, drugi, o którym można powiedzieć to samo, wkracza na drogę prowadzącą do największego z przyznawanych ludziom kina trofeów. Już nikt nie może powiedzieć, że rodzima kinematografia kurczowo trzyma się współczesności. Ostatnie miesiące, które oprócz filmów Holland i Smarzowskiego przyniosły również „Czarny czwartek”,Kreta”,80 milionów” czy – last but not least – „Bitwę Warszawską 1920”, zdecydowanie temu zaprzeczają.


Kadr z filmu "Róża", fot. Monolith

Smarzowski i scenarzysta „Róży” Michał Szczerbic wybrali najtrudniejszą drogę, gdyż czas, w którym rozgrywa się główna część akcji ich filmu – rok 1945, tuż po drugiej wojnie światowej – cechuje znacznie większa złożoność konfliktów społeczno-politycznych, niż okres wojny polsko-bolszewickiej czy stanu wojennego. Trudniej zatem poddaje się on ocenie, weryfikacji – zwłaszcza gdy ma być uchwycony, jak w „Róży”, na ziemi mazurskiej. Ta ziemia była – i jest – piękna, lecz czas był dla niej zły, broczyła krwią, choć działa wojenne w zasadzie już umilkły. Tu bowiem na konflikty ideologiczne, związane ze zrazu nieśpiesznym, ale stopniowo coraz bardziej brutalnym instalowaniem się nowej, komunistycznej władzy, nałożyły się problemy narodowościowo-etniczne, generowane przez sąsiedztwo Mazurów (w których krzyżowały się wpływy polskie i niemieckie), repatriantów, później także Rosjan. Do tego wszystkiego domostwa plądrowali szabrownicy, mnożyły się podpalenia i zabójstwa – także zatem na tle rabunkowym, plagą były zgwałcenia kobiet.

Smarzowski i Szczerbic wyszli z tego labiryntu obronną ręką. Oczywiście nazwali zło i dobro po imieniu, ale ani dobra, ani zła nie przypisali wyłącznie jednej nacji czy stronie konfliktu. Uczciwie odtworzyli ówczesną mazurską rzeczywistość z całym jej skomplikowaniem i okrucieństwem, a przy tym ukazali ją poprzez dramatyczne losy bohaterów – zwykłych ludzi.

Oto Tadeusz – akowiec, który nie ujawnia się, ale też nie ukrywa: chce skończyć z wojaczką i zacząć nowe życie. Tyle, że dla takich jak on UB już szykuje izby tortur. I Róża: Mazurka zagrożona przez nową władzę wysiedleniem, bo dla niej jest „Niemrą”, pogardzana też przez niektórych autochtonów za – niezależne przecież od jej woli – kontakty z krasnoarmiejcami, którzy pod koniec wojny stacjonowali w jej gospodarstwie.

Smarzowski obstaje (przynajmniej w „making of”) przy interpretowaniu „Róży” jako filmu o miłości: trudnej miłości, która w tych niemal ekstremalnych warunkach kiełkuje między tytułową bohaterką a Tadeuszem. Tymczasem wydaje się, że scenariusz sięga głębiej: mówi o próbie ocalenia przez bohaterów – poprzez miłość, ale nie tylko, bo również godność, prawość i odwagę – własnego człowieczeństwa w świecie odczłowieczonym przez wojnę i jej pokłosie. Oglądając „Różę” wyczuwa się, że w tym kierunku zmierzają przejmujące kreacje odtwórców głównych ról – Agaty Kuleszy (Róża) i Marcina Dorocińskiego (Tadeusz).

Od strony stylistycznej „Róża” ma w sobie coś z westernu, a może raczej z jego uszlachetnionej, wzbogaconej psychologicznie odmiany zwanej „nadwesternem”. Mazury w wizji Smarzowskiego, wspartej świetnymi, surowymi zdjęciami Piotra Sobocińskiego juniora, przypominają Dziki Zachód (będąc „Dzikim Wschodem”). Tadeusz jest „jeźdźcem” a ściślej: „wędrowcem znikąd”, który staje w obronie czci i domu („farmy”) kobiety, gdy trzeba – z bronią w ręku.

Róża” to „western” drastyczny: pewnie tak nakręciłby ten film Sam Peckinpah, gdyby był polskim reżyserem. Nie mógł być inny, jeśli miał nie zakłamać obrazu Mazur A.D. 1945. Smarzowski pokazuje m.in. zjawisko, które można chyba nazwać „syndromem żołdactwa”, a przynajmniej uznać za jeden z jego przejawów. Wyposzczeni seksualnie wojacy gwałcą kobiety niezależnie od mundurów jakie na sobie noszą. Zbiorowe zgwałcenie licznych, leżących jedna obok drugiej kobiet to bodaj najbardziej szokujący obraz w kinie polskim ostatnich lat!

Z drugiej strony są w „Róży” akcenty lżejsze – liryczne, a nawet… humorystyczne – i są też piękne, dyskretne ukłony w stronę rodzimej tradycji kina, konkretnie: Polskiej Szkoły Filmowej. Pragnienie Tadeusza, aby już nie strzelać, lecz jakoś urządzić się w życiu i kochać odzwierciedla fragment losu Maćka z „Popiołu i diamentu”. Ukrywanie na strychu córki Róży, Jadwigi, przywołuje w pamięci kluczowy wątek obozowej noweli „Eroiki”.

Róża” to wielki film: piękny, choć wstrząsający. A jednak jest z nim problem, zasygnalizowany przez wspomnianą na wstępie porażkę w batalii o Złote Lwy w Gdyni. Mówiono, że przegrana „Róży” mogła być wynikiem niezrozumienia filmu przez zagranicznych jurorów, którzy nie orientowali się w zawiłościach polskich dziejów i nie znali mazurskich realiów. Postulowano nawet umieszczenie przed czołówką planszy z napisem objaśniającym.
Tak: nie zawsze potrafimy opowiadać w naszych filmach o polskich sprawach w sposób jednocześnie nie uproszczony i absolutnie przejrzysty dla każdego – choćby tak jak o sprawach czeskich, a zarazem uniwersalnych, opowiedział Jan Hrebejk w rewelacyjnej tragikomedii „Musimy sobie pomagać”. Smarzowski przyjął w „Róży” optykę Tadeusza – przybysza, który dopiero poznaje skomplikowany świat Mazur po wojennej pożodze. Zatem początkowe zagubienie bohatera trafnie opisuje rzeczywistość, w którą on niepewnie wkracza. Może jednak faktycznie jest to opis zbyt mało klarowny już nie tylko dla zagranicznego, ale także dla krajowego odbiorcy, zwłaszcza młodego, który nie „przerabiał” w szkole historii najnowszej, bo na nią tam zwykle nie starcza czasu.

Ocenianie w Gdyni filmów polskich przez gremium międzynarodowe daje cenne, bo zdystansowane i wolne od środowiskowych niesnasek spojrzenie na nasze kino. Ale niech to będzie drugie, jedynie uzupełniające jury i przyznaje tylko jedną nagrodę: dla najlepszego – w swojej ocenie – filmu. Niech jury głównym, od którego zależą Złote Lwy oraz inne kluczowe nagrody festiwalu, pozostanie w polskich rękach. Ono też może się pomylić, ale przy dwóch „składach sędziowskich” istnieją przynajmniej większe szanse na docenienie dzieła tak wybitnego jak „Róża”. Zaś różnice i podobieństwa między werdyktem krajowym i zagranicznym dadzą materiał do refleksji dobrze służący naszej kinematografii.

ilość komentarzy: 0
- brak komentarzy -
POWIĄZANE TYTUŁY
Róża (2011)