
Kadr z filmu "Artysta", fot. Forum Film
Taki finał wynika też być może po trosze z pozytywnej filozofii twórcy, który na swoją „szansę” czekał prawie dwadzieścia lat. 45-letni dziś Michel Hazanavicius, reżyser i scenarzysta, nakręcił do tej pory kilka produkcji telewizyjnych i trzy filmy kinowe. Ale dopiero czwarty z nich, „Artysta”, przyniósł mu prawdziwe uznanie (kilkadziesiąt nagród, w tym trzy Złote Globy i cztery Critics Choice Award). „Artysta” to również pierwszy obraz, który Hazanavicius sam zmontował. To istotne, bo właśnie forma odgrywa w tym filmie rolę pierwszoplanową.
Czarno-białe kadry, oświetlane zgodnie z zasadami sztuki operatorskiej złotej ery Hollywood, urzekają urodą i wydobywają z cienia (nomen omen) kino, którego motto brzmiało: uwieść widza.
Jednak „Artysta” to coś więcej niż nostalgiczna pocztówka z przeszłości czy hołd złożony staremu kinu. Nie jest to również ani kalka ówczesnych filmów, ani ich parodia. Pod warstwą inteligentnej zabawy kinem gatunków (filmowe cytaty: od Chaplina, poprzez filmy „płaszcza i szpady” z Flynnem, Fairbanksem czy Valentino oraz musicale z Astaire’em i Kelly’m, po kryminalne komedie z Powellem) kryją się też ciekawsze pomysły, w oparciu o które reżyser buduje nową jakość.
Lekko polemizując z formułą niemego kina, Hazanavicius wprowadza do charakterystycznego dla niej sposobu gry aktorskiej (postaci-typy, przerysowania) elementy współczesnej ekspresji; zmienia też sposób kadrowania i urozmaica drobnymi smaczkami ścieżkę dźwiękową (w niemym filmie!), a także pogłębia banalną fabułę (nieco kiczowatą opowieść o wzlocie i upadku gwiazdy z romansem w tle) o drugie dno. Reżyser pyta o rolę sztuki i w świadomości artysty, i przeciętnego zjadacza chleba. O przeszłość i przyszłość X Muzy. O marzenia: te wielkie i te całkiem zwyczajne. Ostentacyjnie pozbawiony technologicznych fajerwerków film Hazanaviciusa to z jednej strony słodko-gorzka przypowiastka o magii kina i jego twórcach, z drugiej – rzecz o mitach tworzonych przez wszechwładne massmedia. I o tym, jak (wciąż!) owym złudzeniom ulegamy my - widzowie.










