Czy potrzebny nam jest narodowy festiwal? Na dobrą sprawę można pokazywać polskie filmy na prestiżowych imprezach międzynarodowych, takich jak Warszawski Festiwal Filmowy czy Camerimage
Na dobrą sprawę można pokazywać
polskie filmy na prestiżowych imprezach międzynarodowych, takich jak
Warszawski Festiwal Filmowy (który notabene wygrała w zeszłym roku
„Róża” Wojtka Smarzowskiego),
Camerimage (triumf
„W ciemności” Agnieszki
Holland).
Krakowski Festiwal Filmowy ma konkurs filmów polskich, a
wrocławskie Nowe Horyzonty zrezygnowały z niego dopiero w tym roku.
Właściwie można by zrobić odpowiedni podział tytułów wśród tych
festiwali, a budżet Gdyni przeznaczyć na produkcję filmów. Zresztą
festiwal polskich filmów jeszcze do niedawna miał opinię imprezy
branżowej i skostniałej; nieprzyjaznej dla widzów, którzy pracują lub
mieszkają poza Trójmiastem, bo najważniejsze pokazy zaczynają się w tu
poniedziałek, a kończą w piątek.
Do tej pory był to też festiwal zawiedzionych nadziei. Nadziei na
to, że polskie kino nas czymś olśni, zaskoczy, nagle wyrwie się z
artystycznego i produkcyjnego marazmu. Gdy trzy edycje temu o Złote Lwy
rywalizowały
„Rewers” Borysa Lankosza, „Wszystko co kocham” Jacka
Borcucha, „Wojna polsko-ruska” Xaverego Żuławskiego, „Zero” Pawła
Borowskiego i „Dom zły” Wojtka Smarzowskiego wielu krytyków, trochę na
wyrost, pisało o nowym otwarciu w polskim kinie. Kolejny rok, słabszy,
sprowadził nas na ziemię. Cudu nie było i podczas tegorocznej edycji też
go nie będzie. Więc może tym bardziej warto zrezygnować z narodowego
festiwalu? Wręcz przeciwnie!
Gdynia, szczególnie po wprowadzonych już w zeszłym roku zmianach –
ostrej selekcji filmów, międzynarodowym składzie jury, zagranicznych
gościach, masterclassach polskich reżyserów – otwiera festiwal na
rozmowy – i to nie tylko kuluarowe - o polskim kinie. A co za tym idzie,
daje nadzieję na jego zmianę. Spotkania z
Sydem Fieldem czy
Christopherem Voglerem to świetna okazja do pracy nad scenariuszami,
tradycyjnie najsłabszym ogniwem rodzimych produkcji. Panel dyskusyjny na
temat roli producentów kreatywnych, zawodu dopiero kształtującego się
na polskim rynku, pomoże zastanowić się, jak go sensownie rozwijać. A
werdykt międzynarodowego jury może tym razem zamiast prowokować
absurdalne komentarze o tym, że widzowie z zagranicy nie rozumieją
naszych filmów, pomoże spojrzeć na nie z trochę innej perspektywy. Bo
festiwal narodowy nie polega na hołubieniu wszystkiego, co ma stempel
made in Poland, tylko na stworzeniu przestrzeni do krytycznego
spojrzenia i debaty o polskim kinie. Wczorajszym, obecnym i przyszłym.