Obecna od kilku dni na ekranach znakomita „Róża” Wojtka Smarzowskiego to najświeższy przykład udanego mariażu polskiego kina z rodzimym jazzem. Mająca swoje korzenie w epoce polskiej szkoły filmowej wzajemna relacja od kilku lat zdaje się przeżywać swoją drugą młodość.
Pomostem między dwiema epokami jest oczywiście postać
Krzysztofa Komedy – zmarłego tragicznie w 1969 roku genialnego pianisty i kompozytora, autora muzyki do najlepszych filmów
Romana Polańskiego. O nieśmiertelności jego twórczości świadczą nie tylko licznie upamiętniające ją płyty, jak zeszłoroczny krążek „Komeda” Leszka Możdżera, ale także jego „duchowa obecność” w muzyce kolejnych pokoleń polskich jazzmanów. Na skomponowanej przez
Mikołaja Trzaskę ścieżce dźwiękowej do „Róży” główny temat nawiązuje w kilku taktach do kompozycji Komedy
„Nim wstanie dzień”, którą w filmie
„Prawo i pięść” wykonuje do słów
Agnieszki Osieckiej Edmund Fetting. Ten hołd ma tu zresztą głębsze znaczenie. Film Smarzowskiego mocno odwołuje się bowiem do zrealizowanego w 1964 roku obrazu.
"Róża", fot. Monolith
„
Róża” to kolejny etap wieloletniej już współpracy obu artystów. Trzaska ma na swoim koncie ścieżkę dźwiękową do
„Domu złego”, ale także kompozycje do wcześniejszych, teatralnych realizacji Smarzowskiego. Sam zaś jest współtwórcą nieistniejącej już trójmiejskiej formacji Miłość, która zdominowała polski jazz lat 90. i nagrała muzykę do filmu
„Sztos” Olafa Lubaszenki. Jej byli członkowie w dużym stopniu nadają dziś ton „jazzowej sekcji” polskiego kina. Spod palców
Leszka Możdżera wyszły ostatnio soundtracki
„Znieważonej ziemi” Michale Boganim i
„W sypialni” Tomasza Wasilewskiego, kontrabasista
Olo Walicki, dotąd znany głównie z teatralnych kompozycji, jest autorem muzyki do
„Ewy” Adama Sikory. Natomiast uchodzący za człowieka-orkiestrę
Tymon Tymański, który pracował ze Smarzowskim przy
„Weselu” i
Łukaszem Barczykiem przy
„Przemianach”, dziś kończy zdjęcia do autorskiego musicalu
„Polskie gówno”.
Najbardziej eksploatowanym polskim jazzmanem jest jednak dekadę od nich starszy
Włodek Pawlik znany miłośnikom kina z nagrodzonej na festiwalu w Gdyni muzyki do
„Rewersu” Borysa Lankosza. Jest on także autorem ścieżek dźwiękowych do
„Nightwatching” Petera Greenawaya,
„Pora umierać” Doroty Kędzierzawskiej,
„Mistyfikacji” Jacka Koprowicza i, oczekującej na premierę,
„Yumy” Piotra Mularuka.
Po blisko dekadzie przerwy do muzyki filmowej powrócił także
Tomasz Stańko, którego trąbkę mogliśmy usłyszeć w
„Małej maturze 1947” Janusza Majewskiego. Kinowe progi forsują natomiast muzycy, których debiuty przypadły na ostatnią dekadę XX wieku. Cenieni w międzynarodowym środowisku jazzowym bracia
Bartłomiej i
Marcin Oleś (
„Futro” Tomasza Drozdowicza) oraz lider Contemporary Noise Sextet
Kuba Kapsa (
„Made in Poland” Przemka Wojcieszka).
Tak, jak jazz zrodził się ze spotkania afrykańskiego rytmu z klasyczną, niemiecką harmonią, tak jego zetknięcie z polskimi reżyserami lat 50. zaowocowało najznamienitszym okresem w historii polskiego kina. „Istota jazzu jest taka: ucinasz głowę, zostaje serce i dusza, a jeśli jest coś poniżej, to tylko odwaga i męstwo.” - powiedział w jednym z wywiadów wybitny skrzypek i saksofonista
Michał Urbaniak. Słowa te można ze swobodą odnieść do filmów Borysa Lankosza i Wojtka Smarzowskiego. Kto wie, może właśnie jesteśmy świadkami początków nowej filmowej epoki?