












Gdy siadałem w kinowym fotelu, by obejrzeć nowy film Małgośki Szumowskiej „Sponsoring” (w czołówce pojawia się tytuł w wersji francuskiej – „Elles” czyli „One” – który wydaje się lepiej określać zawartość), byłem pełen oczekiwań i dobrej woli. Ten stan Zygmunt Kałużyński określał żartobliwie: „nakręciłeś w sobie sprężynę życzliwości”.
Juliette Binoche przemówiła na premierze z takim wdziękiem i rozsądkiem, że poczułem się prawie jak na Berlinale, ale potem stało się coś nieoczekiwanego: nadzieje zwiotczały, oczy posmutniały a sprężyna pękła. „Sponsoring” okazał się bowiem feministyczną rozprawką na zadany temat, zrealizowaną z publicystycznym zapałem ale bez artystycznego wyrazu. Gdyby był filmem dokumentalnym, może by tych składników wystarczyło, ale w fabule nieuniknione było dachowanie – wywrotka.
Juliette Binoche w filmie "Sponsoring", fot. Kino Świat
Opowieść o tym jak studentki sprzedają się w Paryżu, by znaleźć pieniądze na czynsz za mieszkanie w lepszej dzielnicy i ciuchy z markowych butików zaś mężczyźni grzęzną w piętrowej niewierności zaspakajając (w żałosny najczęściej sposób) swoje samcze instynkty seksualne brzmi nieźle, gdy się ją streszcza na papierze. Jak to publicystyka. Gdy jednak mamy ją poznać w trybie filmu fabularnego z ambicjami artystycznymi, natykamy się na rafy niesprawności narracyjnej, bezsilności reżyserskiej w prowadzeniu aktorów (co ciekawe najbardziej ucierpiała na tym główna gwiazda czyli Binoche) i chaosu stylistycznego.
Skąd się to wzięło u tak zdolnej i inteligentnej osoby jak Szumowska? Nie mam pojęcia, choć coś niecoś podejrzewam. Mój instynkt podpowiada mi, że chodzi o zajętość półkuli mózgowych. Otóż jeśli u artysty pracują one na rzecz zadań menedżerskich i marketingowych, cierpi na tym ich zdolność do uważności i skupienia na dziele jako takim. W pracę nad filmem wdaje się chaos udzielający się wszystkim innym. Im bliżej są reżysera/reżyserki tym bardziej na tym cierpią. Być może dlatego Binoche pozwoliła sobie na „puste” zbliżenia z rozedrganą twarzą, która nie wie co ze sobą zrobić, a Krystyna Janda i Andrzej Chyra wypadli tak soczyście w epizodach. Bo byli na planie dalej i krócej...
Nade wszystko zaś czułem, że podczas realizacji „Sponsoringu” Szumowska zachowywała się jak dziennikarka, nie jak artystka: myślała o tezie a nie o kunszcie opowieści. Dlatego ten film mnie rozczarował. A właściwie najpierw znudził, potem zmęczył a dopiero na końcu rozczarował. Nie miało to jednak nic wspólnego z tematem! Traktowanie seksu jako rynkowej matni, która uzależnia i z wrażliwej dziewczyny potrafi zrobić dziwkę to dobry trop, tylko trzeba nim podążać w skupieniu i na palcach a nie w szpilkach.
Zaledwie parę dni później znowu znalazłem się w kinie i znowu czekało mnie zaskoczenie: tym razem zobaczyłem „Wstyd” Steve’a McQueena. Zobaczyłem i... zostałem długo w fotelu, gdy film się już skończył. Wcisnęło mnie i wgniotło. Uderzyło i oszołomiło. Połechtało i dało w pysk.
Michael Fassbender w filmie "Wstyd", fot. Gutek Film
Film McQueena opowiada o mężczyźnie-seksoholiku, wypalonym przystojniaku, który jest emocjonalnym odpowiednikiem narkomana. W tej roli seksowny Michael Fassbender (podobno na premierze na jego widok niektóre kobiety mdlały z wrażenia). Jest tutaj zainstalowany w taki sposób jak Juliette Binoche w „Sponsoringu”. To ich oczami poznajemy współczesny świat: splątany, dostatni i żałosny. Są mieszkańcami dwóch bliźniaczych miast: Sodomy i Gomory. Tylko wszędzie tam, gdzie Szumowska potrząsała publicystyczną ściągawką, McQueen zastosował swoistą akupunkturę. Dotyka nas znienacka, raz delikatnie, raz zdecydowanie jak lekarz wkładający palce pod żebro żeby sprawdzić czy wątroba nie jest powiększona. Czujemy mrowienie i czujemy ucisk. Nie rozumiemy co z nami robi, ale… poznajemy siebie. Bez słów. Bez tezy. Bez czasu na usprawiedliwienie.
Steve McQueen prowadzi nas po cienkiej linie rozpiętej między lodowatą stylistyką „American Psycho” i zmysłowością „Queer as Folk”. Czuje się, że jest artystą związanym ze sztukami wizualnymi, nie ze słowem. Nie formułuje tezy – gromadzi spostrzeżenia i rozpyla je wokół nas, czyniąc bardziej wrażliwymi na ukłucia jego filmowej akupunktury. Kto wie, może taka właśnie estetyka – wzięta raczej z galerii sztuki niż z gazety jest tym, co może zbliżyć kino do wrażliwości nowoczesnego człowieka?









