












Poświęciłem się i przesiedziałem całą noc przed telewizorem, oglądając transmisję z Los Angeles, gdzie rozdawano Złote Globy. Całą noc to może przesada, bo w polskim HBO wypadło to dokładnie między 2 a 5 nad ranem.
Piłem kawę, pogryzałem czekoladę (na jasność rozumu) i głaskałem na przemian to psa, to kota. A na ekranie odbywał się cyrk tresowanych wydmuszek: goście przechadzali się między stolikami, prezentowali twarze po kwarcówce i zęby po wybielaniu, stroje od znanych projektantów i włosy trefione na żelu. Szczególnie u panów wyglądało to komicznie i trochę odbierało im wiarygodność, zważywszy że wielu z nich jest przecież aktorami i grywa tzw. „prawdziwych mężczyzn”. Koncentracja uśmiechniętej obłudy na metr kwadratowy była straszliwa. Czasem tylko łapałem w locie zapomniane lodowate spojrzenie Nicole Kidman (w tym roku bez nominacji) albo woskowy bezruch martwego profilu Melanie Griffith (siedzącej przy rozbawionym Antonio Banderasie).
Ekipa "Artysty" - producent Thomas Langman ze swoim psem Uggie, aktorzy: Missi Pyle, Jean Dujardin,Berenice Bejo i reżyser Michel Hazanavicius, fot. Reuters/Lucy Nicholson/Forum
Najbardziej podobała mi się Julianne Moore, która miała odczytywać nazwiska zwycięzców, ale popsuł się prompter z przygotowanym tekstem więc ona pokładając się ze śmiechu poprosiła o podanie kartki z dowcipnym tekstem, który następnie bez żenady i udawania, że to jej słowa po prostu odczytała ze sceny.
Reszta udawała. Dobry humor, radość, życzliwość, dumę, miłość i elegancję. Żony laureatów zawsze w podziękowaniach były „piękne” (na pierwszym miejscu) i „kochane” (jednak na drugim), mężowie „cierpliwi”, dzieci „inspirujące”, języki obce (francuski, hiszpański) zabawne i świetnie nadające się do błaznowania. Ale tańczący pies i tak ich wszystkich przebił.
Była też przedstawicielka nagradzających, czyli Stowarzyszenia Międzynarodowych Dziennikarzy Filmowych akredytowanych przy Hollywood. Starsza pani kaleczyła angielski, dawała się przytulać Jerememu Ironsowi jak osoba specjalnej troski i w wysokich słowach zapewniła, że jest z tego wieczoru bardzo dumna. Zaraz potem została wyprowadzona ze sceny, żeby nażelowane wydmuszki mogły się turlać dalej.
Nie cenię sobie tych nagród. Rozumiem marketingowy rozmach i to, że może on przysłużyć się popularyzacji kina wśród popcornowych, komercyjnych widzów, ale i tak wszystko mi jedno kto schodzi ze sceny z Globem a kto bez niego. Nie wierzę w fachowość jurorów, raczej przyznaję, że przebywając w Hollywoodzie, przeprowadzając wywiady z gwiazdami, chodząc na przyjęcia i pijąc kawę we właściwych kawiarniach wiedzą wcześniej od innych co w tym sezonie w trawie piszczy, co się nosi, co jest w modzie i kto ma wkrótce szanse na Oscara. I tyle tej wiedzy, tego rozeznania... Bez próby poszukiwania nowego, bez ambicji popularyzowania dobrego, ani odwagi sprzeciwienia się powszechnej opinii. Dziennikarze filmowi nie są bowiem z reguły krytykami i nawet nie próbują mieć własnej opinii. Tylko powtarzają, nagłaśniają, rozpowszechniają opinie innych...
Woody Allen, który został uhonorowany Złotym Globem za najlepszy scenariusz filmowy („O północy w Paryżu”), tradycyjnie nie przyjechał do Los Angeles by odebrać nagrodę (Oscarów też nie odbiera). Olał towarzystwo i poszedł sobie pewnie grać na klarnecie. Bard Pitt za to przyszedł ze zwichniętą nogą, o lasce. Ale statuetki nie dostał. Znowu Meryl Streep zapomniała „zrobić sobie włosy” i powiewała rozkosznie mysim ogonkiem; na dodatek zapomniała też okularów, dzięki czemu mogła przekonująco udawać, że nie spodziewała się Złotego Globa.
Cyrk tresowanych wydmuszek odbył się w wyznaczonym czasie, co do minuty wypełniając telewizyjny czas między reklamami. Nazajutrz pokazano go we wszystkich serwisach newsowych a w telewizjach śniadaniowych omówiono szczegółowo, kto miał jakie falbany. Tylko... czy to wszystko miało coś wspólnego z kinem?











