












Z nadmiaru wrodzonej przekory i chwilowego niedoboru czegoś innego, pojechałam do Berlina w trakcie festiwalu bez zamiaru oglądania filmów. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Mimo że dość dobrze znam miasto, w samym środku festiwalowego życia, przy Potsdamer Platz czułam się kompletnie zagubiona. I to, paradoksalnie, próbując odnaleźć znajomych. Każdy z nich, poniekąd słusznie, zakładał, że doskonale wiem, gdzie leżą wszystkie kina, centrum prasowe, targi filmowe. Dostawałam więc od nich smsy w stylu „za pięć minut pod cinemaxx 7”, „czekam w Jolst w Sony Center”, „jestem w lobby kawowym”, albo „18 pod Hyattem, ok?”. Czułam się trochę jak bohater kina akcji, błądząc między wysokimi, podświetlonymi budynkami, przedzierając się przez tłumy biegnące na kolejny pokaz. Moimi przeciwnikami byli czas i podobnie wyglądające zaułki. Zresztą nie tylko moimi, bo Berlin nie tak dawno gościł Jasona Bourne'a, który wyruszył do miasta na krucjatę, a potem stawiał w nim ultimatum.
"Krucjata Bourne'a" - Matt Damon przed Ostbahnhof w Berlinie, fot. UIP
Dwa lata temu po stolicy Niemiec grasował Amerykanin o twarzy Liama Neesona szukający swojej zagubionej „Tożsamości”, a jeszcze wcześniej przystojny agent Interpolu próbował odkryć prawdziwe oblicze pewnej instytucji finansowej. Swoją drogą grający go Clive Owen odwiedził Berlin także w tym roku, przemykając się między hotelem (domniemywam, że był to właśnie Hyatt), luksusowym BMW i pałacem festiwalowym. Jego obecność odkryłam przypadkiem, snując się po jakiejś ciemnej uliczce - nagle grupa nastolatek chórem wypiszczała imię aktora, a koczujący wszędzie fotoreporterzy zwolnili lampy w swoich aparatach.
Polowanie na gwiazdy trwało zresztą cały czas. Przed Berlinale Palast przez cały dzień kłębił się tłumek łowców autografów (tak, oni nadal istnieją). Ci, dla których nie starczyło miejsca w pierwszym rzędzie przy barierkach, mogli obserwować przemarsz gwiazd na olbrzymim ekranie zawieszonym nad wejściem do pałacu. Sławnych sprawnie wyłuskiwała z tłumu nieznanych, przytwierdzona do długiego kranu kamera, zachowująca się jak trochę ciekawski fan. Nie spuszczała ona oka (obiektywu) z samochodów z zaciemnionymi szybami, zastygała w oczekiwaniu na wyłonienie się gwiazdy, a potem czujnie śledziła jej każdy gest.
Swoją drogą zaczęłam się zastanawiać, co właściwie daje zobaczenie Clive'a Owena czy Andie McDowell na własne oczy - chyba tylko możliwość dania świadectwa tego „spotkania” na Facebooku lub Twitterze. O prawdziwy kontakt z gwiazdą, i to nie tylko na festiwalu, jest bardzo trudno, nawet jeśli kogoś stać na zapłacenie dwóch tysięcy euro za udział w wywiadzie na przykład z Angeliną Jolie (o takiej stawce mówiło się w kuluarach). Zresztą i tu nie można nawiązać prawdziwej rozmowy, bo dziennikarzy zazwyczaj jest kilku, każdy zadaje inne pytania, a czas kończy się zbyt szybko. Aby spotkać gwiazdę trzeba chyba mieć po prostu szczęście, jak moja koleżanka, która pół wieczoru siedziała przy stoliku z Billym Bobem Thortonem i dopiero po kilku godzinach zorientowała się, że jest on znanym aktorem i reżyserem, a nie lokalnym watażką otoczonym przez grupę ochroniarzy. Sama też otarłam się o sławę - w jednym z berlińskich klubów ktoś wziął mnie za Joasię Kulig, grającą świetną rolę w „Sponsoringu”, pokazywanym w sekcji Panorama Special. Nie wyobrażam sobie większej przyjemności: no może poza pomyleniem ze Scarlett Johansson, która kusząco zerkała z dziesiątek billboardów reklamując Moet&Chandon, szampana od lat ogrzewającego się w blasku gwiazd filmowych.
Szwendając się bo Berlinie zrozumiałam, że choć nie uczestniczę w festiwalu (obejrzałam tylko jeden film, ale niech jego tytuł pozostanie moim sekretem), cały czas jestem w kinie. Choćby mijając kamienicę niemal identyczną z tą, przed którą Andrzej Żuławski kręcił sceny „Opętania”, lub taką przed którą parkowali swoje enerdowskie samochody bohaterowie „Życia na podsłuchu”. Albo spacerując ulicami, jakimi biegła kiedyś czerwonowłosa Lola. Niejako od niechcenia zaczęłam postrzegać berlińskie budynki, jako potencjalne plenery. Nie tylko filmów akcji. Sony Center, gdy je w końcu odnalazłam, świetnie by przecież służyło jako tło do komedii o jakiejś pracującej dziewczynie, biegnącej do swojej wymagającej szefowej w pantofelkach MiuMiu (bo przecież nie Prady) i rurkach Isabel Marant.
Zaułki Kreutzberga aż się proszą o nakręcenie w nich obyczajówki w modnej, sundance'owej manierze albo wręcz przeciwnie - w drapieżnym, transgresyjnym stylu uwielbianym przez festiwalową sekcję Forum. Bulwarem Unter den Linden mogliby się przechadzać bohaterowie jakiejś mieszczańskiego dramatu. A w przytulnej kawiarni na tyłach Alexanderplatz mogłaby się zawiązać akcja komedii romantycznej. Siedząc zresztą w jednej z nich i obserwując ludzi przez ogromne okno, zobaczyłam przystojnego fotografa. Pomyślałam wtedy odruchowo: „Zatrzymaj się, nie wychodź z mojego kadru”. Niestety szybko zniknął - może w aparacie miał zdjęcia kompromitujące jakichś złoczyńców, które musiał zanieść do centrali? Nie wiem. Być może dowiem się tego za rok oglądając o nim film w jednej z sekcji Berlinale.









