












Czy pamiętacie, kiedy ostatnio oglądaliście nowy (czyli taki świeżo wyprodukowany) polski film dla dzieci? Bo ja pamiętam: wczoraj!
Nie mam bynajmniej na myśli wypasionej bajki o Sercu i Rozumie, ani o Małym Głodzie (skądinąd świetnie się rozwijające sitcomy, szkoda, że mają taką samą pointę w każdym odcinku). Obejrzałam otóż, film krótkometrażowy z panem, który prowadzi dialog z własną ręką, przekonany, że gada ze smokiem. Rymcym cym, rampam pam… Moje dziecko zna cały tekst tej bajki na pamięć i zastyga w bezruchu przed telewizorem za każdym razem, kiedy się zaczyna. Metraż jest skromny; 20 sekund. Wyemitowano już ponad sto identycznych odcinków, więc można powiedzieć, że autorzy osiągnęli niewiarygodny efekt bardzo tanim kosztem; filmik ten jest bowiem obłożony wieloma reklamami. Sukces artystyczny i finansowy przez duże S.
Pacynki - Jacek i Agatka, fot. TVP/J.Bogacz
Ten fenomen spowodował, że zajrzałam do bardzo archiwalnych produkcji z czasów, kiedy TV nie była jeszcze publiczna, tylko archaiczna. Wszystko, co widzowie oglądali na ekraniku (15 cali, to był w tamtych czasach wypas, porównywalny z dzisiejszymi plazmami 5D) „szło na żywca“ i było monochromatyczne.
Bohaterami, którzy najwcześniej zaczęli towarzyszyć dzieciom przy kolacji byli „Jacek i Agatka” (rodzeństwo zdaje się). Formuła była bardzo prościutka – dwie okrągłe główki nałożone na dłonie w rękawiczkach gadały między sobą (teksty pisała Wanda Chotomska) głosem Zofii Raciborskiej. Aktorka pojawiała się dodatkowo na ekranie na początku i na końcu „we własnej, żywej osobie“ jako sąsiadka tytułowych bohaterów i komentowała wydarzenia. Agatka była grzeczna i poprawna do bólu, a Jacek nieco miał być nieco bardziej niepokorny. Od momentu powstania do ostatniej emisji w 1963 roku powstało tysiąc odcinków! Że nie wspomnę o merchandisingu: kolorowanki, książeczki, naklejki i pocztówki dźwiękowe. Pamiętacie mydło „Jacek i Agatka“? Założę się, że koszt produkcji jednego odcinka tylko nieznacznie przekraczał koszt obiadu w stołówce telewizyjnej dla ekipy realizatorów.
„Miś z okienka“ – podzielił Polskę na tych, którzy pamiętają, jak prowadzący zaproponował dzieciom, żeby pocałowały misia w… (no wiadomo), a tych, którzy uważają, że to miejska legenda. Ta dobranocka również była prosta do bólu; miś (pluszowa, dość toporna lalka), rozmawiał na temat treści przeczytanych książek dla dzieci z żywym aktorem (Stanisław Wyszyński, potem Bronisław Pawlik). Produkcja trwała sześć lat i zakończył ją ponoć dopiero ten niefortunny incydent pod koniec emisji odcinka. Jakim cudem udawało się za pomocą misia gadającego o książkach, przytrzymać dzieci przed telewizorem? Nie mam pojęcia.
„Gąska Balbinka“ – tutaj głos z offu (Danuta Mancewicz) komentował nieruchome, biało-czarne rysunki, autorstwa Anny Hoffmann. Tytułowa, nieco głupiutka gąska i jej kumpel, sepleniący kurczak Ptyś przeżywali jakąś nieskomplikowaną przygodę (Ptyś bardziej rozrabiał) przy dyskretnym wtórze muzyczki granej na akordeonie. Co ciekawe, to przedsięwzięcie nie ma reżysera, który pochwaliłby się tym dziełem umieszczając swe nazwisko w tyłówce. Budżet pewnie był analogiczny do „Jacka i Agatki”. Może ciut wyższy, trzeba było wszak zapłacić temu gościowi od akordeonu.
Powstawały niezliczone ilości odcinków, bohaterowie byli obecni w świadomości widzów. „Jacek i Agatka” np. są odpowiedzialni za powstanie Orderu Uśmiechu – rzucili bowiem w lud pomysł, by dzieci zaprojektowały wygląd medalu. Nikt sobie nie zawracał głowy lipsinkiem, dynamicznym montażem, efektami dźwiękowymi etc. Może jest to kierunek w czasach, kiedy nie ma ani grosza, ani chęci na finansowanie dobranocek polskiej produkcji, a rodzice narzekają na agresję i głupotę filmów emitowanych przez kablówki. Wymyślamy bohaterów, nieskomplikowaną przygodę, kilka biało-czarnych rysunków (w 6 minutowym odcinku gąski Balbinki było ok. 50), stawiamy kamerkę i jedziemy! Rymcym cym, rampam pam…










