Dlaczego wejście na ekrany kin każdego nowego filmu Romana Polańskiego uznawane jest za wydarzenie? Dlatego, że nasz reżyser nigdy nie schodzi swoimi dziełami poniżej pewnego poziomu. Poziomu Wysokiego.
Dawno, dawno temu za siedmioma górami i siedmioma rzekami była kraina, której mieszkańcom wystarczyła jedna kamera, jedno pomieszczenie i kilku dobrych aktorów do tego, by nakręcić świetny film. Z biegiem lat mieszkańców tej krainy ubywało, a ich miejsce zajęli najeźdźcy uzbrojeni w nowoczesne efekty specjalne, komputery i zasobne portfele. Do dzisiaj ostało się niewielu przedstawicieli starej sztuki filmowej, ale wciąż udowadniają, że niezależnie od wszystkiego, tym, co w robieniu filmów najważniejsze jest talent.
Kadr z filmu "Rzeź", fot. Kino Świat
Wszystkim, co potrzebne
Polańskiemu do zrobienia
„Rzezi” były:
– dobry scenariusz (oparty na sztuce teatralnej „
Bóg mordu”
Yasminy Rezy),
– kamera ze zdolnym
Pawłem Edelmanem po drugiej stronie,
– jedno mieszkanie,
– czworo dobrych aktorów:
Jodie Foster, Kate Winslet, John C. Reilly, Christoph Waltz (kolejność nieprzypadkowa, ułożona począwszy od tych, którzy zrobili tu na mnie największe wrażenie).
To, plus kilka dodatkowych elementów wystarczyło. I choć dla niektórych zrobienie dobrego filmu przy „użyciu” tylko tylu środków byłoby niemożliwe, to chyba nikt nie miał wątpliwości, że Polański sobie poradzi. I oczywiście sobie poradził.
Tak powstał film o dwóch małżeństwach, których pociechy pobiły się między sobą na podwórku. Jeden rozorał drugiemu gałęzią policzek i uszkodził zęba, a rodzice spotkali się, by coś z tym fantem zrobić. Szybko jednak sedno sprawy zeszło na drugi plan, a na jaw wyszły różnice w poglądach na wiele spraw, wojna płci, a także uwolnione przez alkohol prawdziwe oblicza całej czwórki skrywane do tej pory pod wygodnym płaszczykiem konwenansów.
Po tych pochwałach czas na trochę kręcenia nosem. Nie mam żadnych wątpliwości, że „
Rzeź” jest filmem dobrym, pchanym do przodu przez zdolnych aktorów, dobre dialogi i drobne preteksty. Mam jednak wrażenie, że po Polańskim można by spodziewać się jednak czegoś więcej. Nie wsiąkłem całkiem w film, nie zostałem porwany przez błyskotliwe spostrzeżenia i pointy, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że cała ta historia powinna pozostać na teatralnych deskach. Podczas seansu cały czas przypominałem sobie scenę z… „Jay i Cichy Bob kontratakują”, w której
Ben Affleck wykłada
Mattowi Damonowi sztukę utrzymania się na filmowej powierzchni. „Najpierw musisz zrobić bezpieczny film, zanim zdecydujesz się na film artystyczny”, tak brzmiała dobra rada kolegi. I „
Rzeź” wygląda jak ten „bezpieczny” film, o którym wspominał Affleck. Choć wielu reżyserów umarłoby za możliwość nakręcenia czegoś takiego, to sądzę, że Polańskiemu przyszło to ze zbyt dużą łatwością i po prostu dobrze się przy kręceniu „Rzezi” bawił. I sądzę, że dopiero przy następnym jego filmie będzie się czym naprawdę zachwycać.
A póki co mamy w kinach film, który pokazuje jak powinno wyglądać solidne filmowe rzemiosło starej, zapomnianej szkoły. Uczcie się, efekciarze!